niedziela, 18 listopada 2018

Od Sierry (CD Stitch) - Dziwna rodzinka zastępcza

     Vassil zmierzył leżącego na piachu mężczyznę podejrzliwym wzrokiem. Czy też raczej próbował nadać sobie wygląd jakby przypatrywał się mu nieufnie – brak oczu zmuszał go do improwizacji. A potem naciągnął na blaszaną głowę kaptur i postawił kołnierz kurtki, żeby wydawać się groźniejszym. Miał przed sobą drania, więc sam musiał wyglądać jak drań. Nie był pewien czy zniósłby gdyby znowu ktoś go tego dnia wyśmiał i nie specjalnie miał ochotę sprawdzać.
     – A spytam – podjął decyzję z pełnym przekonaniem. Zajęło mu to efektownie wiele czasu.
     Przyklęknął na jedno kolano, chcąc być bliżej twarzy ,,pojmanego" i zniewolonego prześladowcy. Tamten spojrzał mu w szybę i splunął, nie kryjąc niechęci. Sierra pokręcił delikatnie głową z politowaniem. Nie pierwszy raz ktoś wkurzony tak na niego reagował.
     – Facet, to kiepski pomysł... – zaczął niemalże od niechcenia. – Masz do wyboru porozmawiać z blaszakiem albo p o r o z m a w i a ć  z żywą maszynką do mięsa. Przy czym zdaje się, że z tej dwójki tylko blaszak ma ochotę na używanie słów.
     Zerknął na Stitch, próbując ocenić jak zareagowała na nazwanie jej ,,żywą maszynką do mięsa". O dziwo nawet nie drgnęła, nadal krzyżując ramiona na piersi. Wobec tego musiała albo być znakomitą aktorką, albo słyszeć podobne określenia tak często, że przywykła. Być może oba na raz... Dlatego też – póki nie zanosiło się, by miał oberwać – kontynuował wesołym tonem:
     – Masz niebywałe szczęście, zdajesz sobie sprawę? Wyjątkowo trudno mnie wkurzyć, nawet jeśli naplujesz mi w twarz. A jeśli zdecydujesz się współpracować to kto wie, może przeżyjesz?
     – Nie liczyłabym na to – wtrąciła się Phaedra przerażająco zimnym tonem.
     – Nie pomagasz – syknął Estes w jej stronę. 
     Nie wyglądała jakby się tym przejęła. Drań natomiast parsknął śmiechem.
     – Niczego nie powiem – oświadczył.
     – W porządku – Sierra nadal nie zmienił swojego radosnego tonu głosu, ale odwrócił głowę w stronę stojącej obok dziewczynki – Daisy... Mogę mieć do ciebie malutką prośbę?
     Skinęła głową, nie przestając wpatrywać się w leżącego mężczyznę.
     – Bądź tak dobra i pobaw się trochę tam – wskazał ręką stertę złomu po drugiej stronie niewielkiego placyku. – Najlepiej za tym żelastwem, proszę uprzejmie.
     Odczekał chwilę aż Daisy wykona jego polecenie. Na szczęście dziewczynka ufała mu chyba bardziej niż tamtym, od których uciekła, bo raz jeszcze kiwnęła główką i grzecznie poszła się schować. Usatysfakcjonowany takim obrotem spraw Vassil zwrócił się w stronę swojej drugiej uroczej towarzyszki.
     – Stitch?
     – Z przyjemnością... – przyparła mężczyznę do ziemi, boleśnie wbijając mu się pomiędzy łopatki.
     – Tylko nie krzycz – Sierra uprzedził drania. – Nie ma potrzeby niepokoić Daisy... A skoro już o niej mowa to może jednak trochę nam pomożesz, co?
     – Prędzej zdechnę – warknął.
     – Nie kuś... – mruknął Sierra. – Zdechnąć możesz szybciej niż myślisz, prawda Stitch?
     Phaedra warknęła w odpowiedzi i wysunęła pazury. Najwyraźniej zrozumiała na czym dokładnie polega jej rola. Sierra mówił, ona była jego mało dyskretnym aparatem przymusu. To chyba nie godziło w jej godność, skoro podjęła ten pomysł.
     – Wiesz... Tak się zastanawiam, kolego, po co bandzie dorosłych facetów mała dziewczynka – ciągnął dalej rozbawiony. Miał pytać, a póki co to on mówił najwięcej. Miał jednak nadzieję, że już niedługo – I wiesz co? Do głowy przychodzi mi tylko jedno możliwe rozwiązanie. Tacy zwyrodnialcy o... specyficznych upodobaniach łączą się w stada i polują? Bo wiesz... Mam dość kontrowersyjny sposób naprawiania świata w takim przypadku. Chcesz się przekonać?
     Jedno było pewne: facetowi nie spodobało się to do jakiej grupki ludzi został zaszufladkowany.
     – To wcale nie tak.
     – Nie? A jak? – zainteresował się Vassil, opierając łokieć na kolanie i przypatrując się swojemu rozmówcy z lekko przechyloną głową.
     – Jej ojczulek jest obrzydliwie bogaty – oświadczył drań takim tonem jakby to wszystko tłumaczyło.
     – Ahaaa – mruknął Sierra – Czyli okup?
     Facet uśmiechnął się paskudnie dwuznacznym uśmiechem.
     – Pośrednio.
     – Nie rozumiem.
     – Jakoś mnie to nie dziwi, konserwo...
     Sierra uniósł dłoń i gestem zachęcił Stitch do działania. Kobieta warknęła usatysfakcjonowana i zbliżyła uzbrojoną w pazury dłoń do pleców porywacza dzieci. Musnęła długim szponem kark mężczyzny tuż przy kręgosłupie i przejechała nim niżej. Pazur rozerwał materiał kurtki i koszulki tamtego z zadziwiającą łatwością. Sam Vassil o mały włos wzdrygnąłby się, widząc z kim miał do czynienia przez pół wieczora. Jak dobrze, że jej nie wkurzyłem...
     – Mógłbyś grzeczniej? – spytała Stitch słodko. – I bardziej treściwie. Nie mamy całej nocy.
     – Jej rodzice są obrzydliwie bogaci – podjął Sierra, starając się nakierować rozmowę na właściwe tory. Coś mu jednak mówiło, że więcej i znacznie szybciej dowie się czegoś od milczącej Daisy niż porywacza. Naprawdę nie potrafił przesłuchiwać ludzi. – I co w związku z tym...?
     Drań zaśmiał mu się w twarz. A Sierra poczuł się jak dziecko, które spytało o jakieś niesamowicie dorosłe sprawy, których nawet za złote Arc nie mogło pojąć i zrozumieć. Znowu. Koniec tego dobrego.
     Wstał przerażająco spokojnie i spojrzał z góry na swojego byłego rozmówcę.
     – Zabij – rzucił ostro.
    – Że co? – zdziwił się drab, momentalnie tracąc swój świetny humor. Phaedra też spojrzała na Estesa zaskoczona.
     – Zabij go – powtórzył, siląc się na spokój. – Niczego nam nie powie. Jest bezużyteczny.
     – Ale...? – zaczął drań niepewnie.
     Sierra skrzyżował ręce na piersi, starając się wyglądać na zniecierpliwionego.
     – Stitch. Bądź tak dobra i pozbądź się tego człowieka – przeniósł wzrok na swoją towarzyszkę, delikatnie poganiając ją gestem dłoni.
     – Nie musisz mi powtarzać – stwierdziła, a Sierra przysiągłby, że uśmiechnęła się lekko.
     Ostatnim słowem draba było: ,,Cargo!", a potem zabójczo ostre pazury niemalże oderwały mu głowę od reszty ciała.
     – Dziękuję, koleżanko – Sierra kiwnął głową w wyrazie wdzięczności. – Właśnie się do ciebie uśmiecham.
     Stitch parsknęła krótko śmiechem, zupełnie nie spodziewając się takiego komunikatu. Szybko jednak pozbierała się z powrotem.
     – Co zrobimy z Daisy?
     – Jak to co? Musimy zabrać ją w bezpieczne miejsce, nakarmić i dać jej odpocząć – to chyba oczywiste, prawda?
     – A później?
    Sierra ludzkim gestem potarł dłonią kark w zamyśleniu.
    – Nooo... Chyba pojedziemy do Cargo, nie?
    – I co  d a l e j? – nalegała.
    Sierra wzruszył ramionami w niewerbalnym: ,,Zobaczy się na miejscu" i skinął głową w stronę sterty złomu, za którą czekała na nich dziewczynka.
     – Pomartwimy się później. Na razie potrzebujemy miejsca, gdzie można się elegancko schować i mieć spokój. Nie wiem co to dziecko przeszło i chyba wolę nie wiedzieć, więc zróbmy dla niej chociaż tyle...
     – Nie mieszkasz na stałe w Devlin? – spytała Stitch, już kierując swoje kroki ku dziecku. Sierra niespiesznym krokiem ruszył zaraz za nią.
     – Jestem raczej ,,objazdowym" łowcą nagród. Ja w Devlin głównie bywam, a nie jestem. Tak jak wszędzie zresztą... Ty też, co?
     – Mniej więcej...
     Nagle Vassil zatrzymał się gwałtownie w połowie drogi.
     – Mam! Wiem gdzie możemy pójść!
     – Hm? – Phaedra również przystanęła i zerknęła na niego przez ramię.
    – Niedaleko stąd jest jest stary warsztat. Mało kto tam zagląda, a ma wszystkie ściany i dach. Często tam zaglądam, kiedy odwiedzam Devlin, więc doskonale znam to miejsce. Może spytamy Daisy co o tym sądzi? Nie jest to może pokoik w jej obrzydliwie bogatym domu obrzydliwie bogatych rodziców, ale... Lepsze to niż nic. A po drodze kupmy jej jedzenie. Mam jeszcze trochę oszczędności. Chyba wystarczy...
   – Vassilu ,,Sierro" Estesie – zaczęła Stitch z uśmiechem. – Jesteś najdziwniejszym ojcem zastępczym jakiego znam.
     – Jaka rodzinka, taki ojciec – skwitował Vassil ze śmiechem. – Chodźmy już.

Stitch? Chyba nie jest aż tak źle, co? '-'

sobota, 6 października 2018

Od Fawkesa (CD Erosa) - Plan idealny

        Wnętrze było ciemne, duszne, głośne i zatłoczone do granic możliwości. Fawkes w pierwszej kolejności pomyślał, że Gutsy świętuje śmierć Gumble'a, ale szybko skreślił tę opcję. Właściciel masarni był martwy od góra dwóch godzin, a Osiem nie znalazł wśród jego ludzi żadnego szpiega Czerwonych, tak więc Gutsy nie miał prawa dowiedzieć się wszystkiego tak szybko. Najwyraźniej ,,główna baza" jego gangu w zamyśle miała wyglądać i brzmieć jak klub nocny. Zapach również musiał się tutaj unosić ciekawy, aczkolwiek Fawkes w takich sytuacjach wdzięczny był za brak węchu.
    Dwójka łowców nagród ostrożnie brnęła między wszelkiego rodzaju ludźmi i nieludźmi. Gdyby oświetlenie nie próbowało wywołać ataku epilepsji, pewnie dałoby się zauważyć u każdego czerwone opaski, kurtki czy arafatki. Nikt nie zwracał na dwóch nowych gości najmniejszej uwagi, ale mimo to Eros wydawał się nieco zestresowany całą sytuacją. Gdy nagle ktoś obok niego roześmiał się głośno, cyborg prawie podskoczył z nerwów. Ósemka westchnęła w duchu zirytowana i ruszyła towarzyszowi na ratunek, zanim zachowanie chłopaka zostanie przez kogoś uznane za podejrzane. Robot bezpardonowo chwycił Kupidyna pod ramię nie tyle, zmuszając go do wyprostowania się i zrównania z nim kroku.
    - Unieś brodę, plecy prosto - poinstruował łucznika. Chłopak bez wahania wykonał polecenie, trochę aż zbyt gorliwie. - Nie tak sztywno. Masz wyglądać na pewnego siebie, a nie jak ważniak.
    - Łatwo ci mówić... - burknął. - Nie jestem w zbyt komfortowej sytuacji do ,,bycia pewnym siebie".
    - Pamiętaj, że zastrzeliłeś Gumble'a. Gdy wszyscy tutaj się o tym dowiedzą, padną ci do stóp.
    - TY to zrobiłeś - odpowiedział Eros ledwie słyszalnym konspiracyjnym szeptem.
    - Nie, ja jestem Jerry: rekruter, który liczy na awans kosztem twojego osiągnięcia - przypomniał mu Fawkes. Mówił wręcz pogodnie, doprawiając słowa luźnym, trudnym do określenia akcentem. - Po prostu udawaj, że Gutsy nie przeraża cię w żaden sposób. Facet ma miękkie serce dla takich zadufanych idiotów jak ty.
    - Hej! - Eros wyszarpnął rękę. - Nie jestem żadnym zadufanym... - urwał na chwilę. - Nie jestem zadufany w żaden sposób - dokończył myśl.
    Fawkes tylko uniósł ręce w geście kapitulacji. Szczerze mówiąc, miał wrażenie, że nieważne jak Kupidyn zachowa się przed Gutsym, gangster i tak nie uzna go za żadne poważne zakończenie. Chłopak zachowując się zupełnie naturalnie nie dawał wrażenia, jakby miał za kilka minut podłożyć w budynku bombę. Osiem musiał tylko pilnować, by samemu nie dawać podobnych sygnałów i wszystko powinno pójść jak z płatka. Potrzebował tylko maksymalnie pół godziny, nieważne, w jaki sposób Kupidyn nieumyślnie zamierzał mu takowej udzielić. Robot nauczony doświadczeniem wiedział, że pracując z drugim człowiekiem najlepiej jest od samego początku dawać mu świadomość bycia częścią planu. Póki Eros pamiętał, iż robi coś ważnego, będzie się starał wykonać swoje zadanie dobrze.
    Gutsy zajął swoje zwyczajowe miejsce na lekkim podwyższeniu w rogu pomieszczenia przy stole z i tak brudnym szklanym blatem, noszącym dodatkowe ślady po paru ,,kulturalnych" kreskach bliżej nieokreślonej mieszanki. Obok niego na okrągłej kanapie siedziała trójka obcych Fawkesowi ludzi w towarzystwie dwóch, łagodnie mówiąc, dam lekkich obyczajów. Ósemka w normalnej sytuacji chciałaby się dowiedzieć, kim są honorowi goście lidera Czerwonych, ale wtedy już doskonale wiedziała, że i tak więcej na nich nie trafi. Mieli pech siedzieć najbliżej południowej ściany jak tylko mogli i jeśli nie wyniosą się stąd w najbliższym czasie, ich nazwiska przestaną się liczyć, tak samo jak imiona Gutsy'ego i obu kobiet. Fawkes mógł wywnioskować tylko jedno: skoro właściciel lokalu zaprosił ich tak blisko siebie, po czym poczęstował działką, najpewniej nikt nie będzie po nich płakał.
    Pojawienie się dwójki obcych momentalnie przerwało jakąś wesołą dyskusję o ostatnim wyścigu na torze za miastem. Gutsy zmrużył oczy widząc Fawkesa, po chwili przenosząc wzrok na Erosa. Razem z nim na cyborga spojrzała reszta towarzystwa, co zdecydowanie musiało się chłopakowi nie podobać. Jednakże ku miłemu zaskoczeniu Ósmego, Kupidyn wziął sobie jego radę do serca i starał się zachować spokój.
    Wszystko na miejscu, przerwa skończona. Czas unieść kurtynę i przejść do aktu drugiego.
    - Przepraszam, że przeszkadzam... - Fawkes w skórze rekrutera Jerry'ego mówił z niepewną wesołością. - Jestem Jerry... rekruter z zachodniego centrum. M-mam dla szefa ważną wiadomość.
    Zgodnie z założeniami, Gutsy widząc czerwoną kurtkę nawet się nie zastanawiał, czy stojący przed nim chuderlak na pewno dla niego pracuje. Zamiast tego wstał, opierając spore dłonie na stole i przeszedł do konkretów:
    - Jeśli to znowu jakaś pierdoła, to słowo daję... - nie musiał kończyć, a Fawkes (wbrew zdrowemu rozsądkowi) nie planował usłyszeć całości. Chwycił Erosa za ramiona i wypalił:
    - Ten tutaj młody człowiek zabił Gumble'a!
    Specjalnie wypowiedział to zdanie głośniej, z niepohamowanym podekscytowaniem. Kilka osób za nimi obejrzało się z zainteresowaniem. Podobnie jak Gutsy, zapewne nikt nie był z miejsca przekonany co do prawdziwości podobnej informacji. Nagle lider Czerwonych parsknął śmiechem.
    - Zabił Gumble'a? - powtórzył, teraz patrząc tylko i wyłącznie na Kupidyna. Chłopak ukradkiem zerknął na Fawkesa, po czym splótł ręce na piersi wzruszając ramionami. Dzięki Bogu nie masz twarzy, która mogłaby cię zdradzić, przeszło robotowi przez myśl.
    - To prawda! - wypalił, starając się przyciągnąć z powrotem uwagę szefa. - Sprawdziłem to osobiście! Słyszałem, że ludzie Gumble'a zamierzają podzielić się ostatnią wypłatą i rozejść.
    - I ja mam ci uwierzyć na słowo? - mężczyzna uniósł brew.
    - Niech sam szef sprawdzi! Wystarczy, że ktoś się przejdzie pod masarnię i wszystkiego się dowie - zapewniał Osiem.
    - Pffft! - parsknął z niczego Eros.
    Gdyby Fawkes miał skórę, poczułby, jak po plecach przebiegają mu ciarki. Chociaż w tle dalej słyszał muzykę, śmiechy, kłótnie i inne dźwięki, wydawało mu się, jakby nagle zapadła cisza. Wzrok Gutsy'ego i jego gości przeniósł się na cyborga. Ósemka również na niego spojrzała, zwalczając pokusę, by go uciszyć. Nie zrób nic głupiego, błagam, nie zrób nic głupiego...
    - Mówiłem, że mi nie uwierzy, Jere - powiedział Amor, patrząc na towarzysza. - Trzeba było poczekać, aż się wiadomość rozniesie, a nie tak na świeżo...
    Fawkes momentalnie załapał, co chłopak miał na myśli.
    - A ja ci mówiłem, że wtedy byłoby jeszcze gorzej - odpowiedział, jakby Gutsy wcale ich nie słyszał. - Za kilka godzin co trzeci będzie utrzymywał, że zabił Gumble'a.
    - To chyba bardziej mi się opłaca iść z tym do szeryfa... - łucznik machnął ręką i obrócił się, jakby miał zamiar wyjść.
    - Może więc wyjaśnimy tą sprawę dokładniej? Oko w oko? - zaproponował nagle Gutsy.
    Eros spojrzał z powrotem w jego stronę. Gangster wskazał mu miejsce naprzeciwko niego, a jego towarzysze przesunęli się, ustępując chłopakowi miejsce. Kupidyn zerknął krótko na Fawkesa, nie mając pojęcia co robić.
    - Lepiej siadaj - odpowiedział krótko Osiem.
    - Słuszna uwaga - zgodził się Gutsy, siadając z powrotem.
    Cyborg wzruszył więc ramionami w słynnym geście ,,Raz kozie śmierć" i przeszedł przez oparcie kanapy, sadowiąc się za ubrudzonym blatem. Lider Czerwonych machnął ręką na Fawkesa dając wyraźny sygnał, że jego robota tutaj już jest skończona. Robot wycofał się więc z powrotem w tłum, w duchu życząc towarzyszowi szczęścia w odwracaniu uwagi. Jego rola w tym spektaklu się skończyła. Scenariusz nie przewidywał już jego dłuższej obecności na scenie.
    Teraz przechodzimy do właściwego celu całego przedsięwzięcia: zabicia Gutsy'ego.
    Dostanie się na zaplecze - odpowiednie zaplecze, uściślając - okazało się bardziej czasochłonne, niż początkowo myślał. Fawkes dokładnie przestudiował plany budynku zanim wpakował siebie i Erosa w to bagno. Miał doskonały plan, który wymagał odnalezienia głównych zaworów ogrzewania. Takowe oczywiście były przy piecach, ale o dziwo dostanie się na drugą stronę konkretnej ściany okazuje się stosunkowo trudne, jeśli nie jesteś w stanie jej obejść. Osiem miał szczerą nadzieję, że aby dostać się tuż za plecy Gutsy'ego nie będzie musiał całkiem wychodzić z budynku. W takim wypadku ochroniarze mogą go o coś zapytać, a po wszystkim skojarzyć fakty. Nie miał ochoty trafić na któregoś z nich przypadkiem w przyszłości...
    Po sprawdzeniu wszystkich możliwych pomieszczeń udał się do toalety, gdzie w końcu zobaczył bardziej obiecujące drzwi. Przeszedł za stojącym przed pisuarem mężczyzną, nie chcąc przeszkadzać mu w jego interesie, i wślizgnął się cicho do, jak się okazało, betonowego korytarza. Jeśli to nie wygląda jak przejście techniczne, to chyba trafi go szlag.
    Piece powitały go cichym szumem, brzmiącym niemal jak zaproszenie.
    - Dzień dobry, pani instalacjo - pomyślał na głos Osiem. - Za ścianą jest świetna impreza. Nie chciałaby się pani trochę rozerwać?
    Instalacje gazowe były na Talosie niezwykle popularne. Mało kogo stać było na coś nowocześniejszego, a co dopiero utrzymanie takiego czegoś. Cargo - budowane z myślą pomieszczenia milionów mieszkańców - całe zostało ocieplone instalacjami gazowymi, pomimo Arc w sąsiedztwie. Powód był prosty: pod powierzchnią planety znajdowały się złoża gazu ziemnego, na którego eksporcie talosanie mogliby sporo zarobić, gdyby cała planeta nie oszalała z nieznanych przyczyn. Przy obecnym poziomie technologicznym jaki prezentował choćby taki Eros, instalacja wydawała się przedpotopowa. Przez to była także prostsza w obsłudze i stosunkowo łatwa do uszkodzenia. Fawkes tak naprawdę nie wiedział, jak dalekie szkody poczyni zmuszając piec do eksplozji. Wiedział za to, że dzielnica Czerwonych nie była gęsto zamieszkana (zwłaszcza w bliskim sąsiedztwie), wybuch instalacji gazowej nie powinien zawalić budynku, a tuż za ścianą siedział człowiek, który powinien być martwy.
    - Cieszę się, że się rozumiemy - powiedział po zakończeniu roboty i czym prędzej udał się z powrotem w stronę toalety. Koleżanka zawsze mogła się okazać bardziej wybuchowa niż przypuszczał, a obok Gutsy'ego i jego nowych znajomych siedział także Eros, jeśli chłopak faktycznie potrafił grać na zwłokę.
    Nie trafił na nikogo ani w korytarzu, ani w WC. Póki co, plan wyglądał na udany, przynajmniej dla niego. Obiecał sobie, że jeśli zastanie swojego wspólnika w poważnych tarapatach, nie będzie próbował go ratować. Nigdy tak nie robił. Miał proste zadanie, które wykonał i jeśli Eros spieprzył swoją część, to tylko jego kłopot. Fawkes znał się na ludziach, ale nie umiał się do nich szybko przywiązywać. Bardziej liczył się dla niego on sam niż przypadkowy towarzysz niedoli. Ktoś, kogo znał od zaledwie paru godzin, po prostu nie był wart nadstawiania karku... zwłaszcza z bombą tykającą za ścianą.
    Przedarł się przez tłum, starając się nie wypaść prosto na widok Gutsy'ego - mężczyzna mógłby zacząć coś podejrzewać, gdyby od tak znowu do niego podszedł i zaczepił Erosa. Przyczaił się z boku i spojrzał w stronę okrągłej kanapy... i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Kupidyn nie siedział już na przeciwko szefa Czerownych, tylko obok niego. Mało tego: opowiadał o czymś z zacięciem, a towarzystwo słuchało z uśmiechami na ustach. Zaintrygowany Fawkes podszedł bliżej, chcąc, by chłopak go zauważył.
    - ... i dlatego właśnie nie powinno się próbować steku ze skaga - usłyszał sam morał opowieści. Gutsy wybuchnął śmiechem i klepnął cyborga w plecy. I on, i reszta vipów była za bardzo skupiona na słuchaniu łucznika, by zauważyć Ósemkę, ale Eros zobaczył towarzysza od razu. Wstał ze swojego miejsca. - Dobra, fajnie się gadało, ale muszę lecieć. Przemyślę tą ofertę - rzucił do Gutsy'ego.
    - No ja myślę! - odpowiedział tamten.
    Kupidyn pomachał jeszcze ręką i zniknął w tłumie. Fawkes dołączył do niego w drodze do wyjścia.
    - Zgaduję, że to kupił - stwierdził.
    - Chyba tak - Eros wzruszył ramionami. - Ale raczej tu nie wrócę. Warunki do kitu, wypłata jeszcze gorsza. W sensie, zabiłem Gumble'a, do cholery! Chyba zasłużyłem na wyższy procent, nie sądzisz?
    - Zapewne tak, a teraz, proszę, przyspieszmy kroku.
    - Coś nie tak?
    - Wyjaśnię ci na zewnątrz - obiecał robot.
    W drzwiach minęli tych samych ochroniarzy co wcześniej. Jeden przybił Erosowi piątkę, gdy ten pochwalił się, że mu się udało, ale Fawkes szybko odciągnął cyborga z powrotem za róg budynku. Dopiero po paru minutach, gdy ponownie zanurzyli się w ciemność opustoszałej dzielnicy, Ósemka stwierdziła, że mogą spokojnie pogadać. Robot zaczął przede wszystkim od oddania właścicielowi jego kurtki.
    - Elliocie, jesteś geniuszem - ogłosił przekazując mi jego własność. - Albo niesamowitym szczęściarzem - poprawił się.
    - Czyli co, udało się? - chłopak przekrzywił łeb pytająco. - Ale z tego co pamiętam Gutsy jeszcze dycha...
    - Wszystko poszło zgodnie z planem. Nawet pomimo twojej nagłej improwizacji.
    - Gutsy nie wyglądał, jakby miał ci uwierzyć - powiedział na swoją obronę cyborg, zakładając swoją kurtkę. - Poza tym, chyba jestem lepszym aktorem niż sądzisz - dodał z dumą.
    - Nigdy nie mówiłem, że jesteś złym aktorem - odparł Fawkes.
    - Ale nie uwierzę, że choć przez chwilę nie myślałeś, że zaraz wszystko zepsuję.
    - Tu mnie masz - zgodził się Osiem. - W każdym razie...
    Za ich plecami rozległ się dźwięk eksplozji, tylko częściowo stłumiony warstwami grubych ścian. Cyborg ludzkim odruchem spojrzał do tyłu, ale Fawkes nie spodziewał się, by mógł cokolwiek zobaczyć ponad wysokimi blokami. Ósmy zatrzymał się dopiero po kilku krokach i obejrzał się za nim.
    - Zamierzasz tak tutaj sterczeć do rana? - zapytał.
    - Czy to był...? - Eros patrzył to w stronę dźwięku, to na wspólnika.
    - Tak, to był Gutsy - zgodził się bez owijania w bawełnę.
    - Wysadziłeś go?! - wypalił chłopak.
    - Krzykniesz głośniej, czy od razu pójdziesz się tym pochwalić ochronie pilnującej drzwi?
    - Tak po prostu puściłeś z dymem tych wszystkich ludzi? - Kupidyn wpatrywał się w niego. Chociaż nie posiadał żadnej mimiki twarzy, Fawkes wyraźnie usłyszał w jego głosie niedowierzanie przemieszane z oburzeniem. - Mieliśmy pozbyć się Gutsy'ego, tak? On był celem!
    Robot westchnął głośno patrząc w niebo.
    - Eros... El, posłuchaj - zaczął. - Mówiłem ci już wcześniej co nieco o ,,tych złych", prawda? Uznajmy, że w polu rażenia byli sami źli. Skup się na tym i na nagrodzie, jaką szeryf obiecał za pozbycie się dwóch gangów doprowadzających mieszkańców Cargo do szewskiej pasji.
    - Mam tak po prostu zapomnieć, że z zimną krwią wysadziłeś kryjówkę Czerwonych?
    Fawkes rozłożył bezradnie ręce.
    - Taka robota - odpowiedział. - Nie mam nic więcej na swoje usprawiedliwienie.
    Chłopak jeszcze przez chwilę bezskutecznie sztyletował go wzrokiem, po czym westchnął głęboko i kopnął kamyk w akcie frustracji. Osiem uznał temat za zakończony i ruszył dalej, a Eros dogonił go bez entuzjazmu.
    Przez najbliższe kilka minut szli przed siebie w ciszy. Fawkes miał słuszne przeczucie, że jego towarzysz nie będzie w stanie ciągnąć jej w nieskończoność. Zanim jednak ją przerwał, robot sam się odezwał:
    - Masz gdzie przeczekać noc?
    Cyborg podniósł głowę.
    - Co masz na myśli?
    - Raczej nie dostaniemy się do szeryfa o tej porze - wyjaśniła Ósemka. - Mieszkam niedaleko stąd. Nie musisz się nigdzie plątać, jeśli nie chcesz.

Eros? Tylko kilka miesięcy czekania na CD :')

czwartek, 30 sierpnia 2018

Od Stitch (CD Sierry) - Instynkt macierzyński

        Phaedra miała kilka typowych sobie ,,odruchów bezwarunkowych". Były po prostu sytuacje, które popychały ją do działania zanim wszystko sobie dokładnie przemyśli. Gdy ktoś do niej strzelał, jej myśli zajmowały tylko opcje, jak agresorowi oddać. Gdy ktoś z nią flirtował (nawet takie rzeczy mogą się zdarzyć) rzadko potrafiła się powstrzymać przed ciągnięciem tej zabawy, aż albo zrobi się nudno, albo niebezpiecznie. Gdy natomiast słyszała pisk autentycznie przerażonego dziecka, włączał się w niej głęboko zagrzebany instynkt macierzyński. I to nie byle jaki - porównywano ją do zwierzęcia na wielu poziomach, ale mało komu przychodziło do głowy, że kobieta może być równie zaborcza w kwestii dzieci, co matka broniąca młodych.
    Słysząc dziecko w potrzebie drugi raz, już nawet nie oglądała się za Sierrą i zaczęła wspinaczkę po stromej ścianie złomu. Musieli być w tej starszej części rubieży Devlin, bo występy, których się chwytała wydawały się być wręcz zespojone z resztą żelastwa. Dotarcie na szczyt tym bardziej nie stanowiło problemu. Z drugiej strony ściana przechodziła w pagórek, a u jego podnóża na oczyszczonej przez zbieraczy ścieżce Stitch zobaczyła źródło głosu. Dziewczynka - drobna brunetka z obciętymi niemal na zero włosami - biegła prawie na oślep przed siebie, oglądając się panicznie przez ramię. Phaedra spojrzała w tym samym kierunku co ona. Po chwili na ścieżkę wypadł jakiś facet. Za nim, w pewnym oddaleniu, biegła reszta pościgu: trójka innych mężczyzn. Każdy był uzbrojony, ale żaden nie próbował strzelić w stronę dziewczynki. Jeden z nich prowadził na krótkim łańcuchu sporego psa.
    Uciekinierka nagle potknęła się, upadając na kolana około dziesięciu metrów od Stitch. Biegnący na przedzie koleś przyspieszył ostatkiem sił, chcąc ją dopaść. Falchoir bezwiednie wydała z siebie gardłowy warkot i również rzuciła się do przodu, szykując się do przecięcia mu drogi. Dziewczynka wstając obejrzała się za siebie z przerażeniem, jednak zanim jeden z oprawców jej dosięgnął, Tnąca wpadła na niego z impetem wbijając mu pazury w twarz. Nie celowała w żaden szczególny punkt - po prostu chciała go unieszkodliwić. Pościg zawahał się na chwilę. Stitch nawet wydawało się, że usłyszała jak któryś z mężczyzn powiedział jej devliński przydomek: ,,Hrabina". Dziecko również zamarło, niepewne, co tak właściwie widzi i czy to coś nie jest dla niego równie niebezpieczne.
    - Biegnij! Już! - głos Phaedry ocucić dziewczynkę z szoku. Poderwała się z powrotem na nogi i popędziła ile sił przed siebie.
    W tej samej chwili pozostali również się opamiętali i tym razem wyciągnęli za broń. Stitch wstała z nie poruszającego się już mężczyzny, po czym pobiegła za dzieckiem, próbując wymusić na oprawcach większy odstęp. Nadal nie próbowali do niej strzelać. Najwyraźniej przypadkowe trafienie uciekinierki nie miało prawa bytu.
    Zza pagórka wybiegł Sierra, śledząc wzrokiem dziewczynkę, która znowu potknęła się w piasku, ale tym razem zerwała się natychmiast z powrotem do biegu, podpierając się rękami.
    - Zajmę się dzieckiem! - zawołał Vassil. Kobieta skinęła mu głową, zatrzymała się i odwróciła twarzą do pościgu.
    Znowu się zawahali. Musieli zdawać sobie sprawę jak niebezpieczna była Tnąca. Może nawet zastanawiali się nad odwrotem. Ostatecznie jednak złapanie dzieciaka okazało się ważniejsze - stojący na przedzie powiedział coś szybko do gościa z psem i strzelił z rewolweru. Phaedra uskoczyła w bok, po czym, uśmiechając się upiornie, rzuciła w ich stronę.
    Doskakując zygzakiem do grupy, dopadła najpierw lidera. Chlasnęła go w bok pod żebrami prześlizgując się pod jego ramieniem i natychmiast uchyliła się pod lufą pistoletu drugiego z przeciwników. Chwyciła nadgarstek trzymający broń i wykręciła, zmuszając mężczyznę do upuszczenia pistoletu. Chyba nie spodziewał się, ile ma siły - zdążyła walnąć go łokciem w brzuch, nie puszczając jego ręki, po czym przerzuciła przez bark na ziemię. Rozejrzała się za trzecim, tym, który prowadził ze sobą psa. Wykorzystując zamieszanie ruszył biegiem w kierunku stosu złomu, za którym zniknęli Sierra i dziewczynka. Kundel, spuszczony z łańcucha, biegł kilka metrów przed nim, ujadając zaciekle. Stitch ruszyła za nim sprintem i gdy prawie się z nim zrównała, rzuciła się na ziemię sięgając do nóg. Chwycony za kostkę facet upadł na twarz. Zanim zdążył zareagować, niesiona furią Falchoir złamała mu zębami kark.
    Przez chwilę tkwiła tak w przyklęku nad zwłokami, dysząc bardziej z gniewu niż zmęczenia. Dopiero po paru sekundach zorientowała sie, że pies zamiast biec dalej za tropem, został i warczał na nią wyzywająco. Kobieta spojrzała zwierzęciu w oczy. Szczeknął kilka razy. Stitch w odpowiedzi ryknęła. Dopiero wtedy pies słusznie podkulił ogon i wycofał się.
    Oddech Phaedry powoli wrócił do normy. Schowała pazury, wzdychając głęboko. Wkrótce usłyszała uspokajający głos Sierry. Gdy pojawił się w jej polu widzenia, prowadził za rękę bezpieczną już dziewczynkę.
    - Widzisz? Już ich nie ma - powiedział łowca nagród. - Stitch ich... - urwał, dostrzegając Falchoir i leżące obok niej ciało - … przegoniła.
    Jego nowa znajoma również spojrzała na martwego bandytę, ale nie wydawała się specjalnie przerażona tym widokiem. Od razu podniosła oczy na Stitch. Estes najwyraźniej z miejsca ją zapewnił, że kobieta pomimo imponującej kolekcji kłów nie zrobi jej krzywdy. A przynajmniej tak dało się wyjaśnić spokój jaki wykazywała wbrew wszystkiemu, co ją przed chwilą spotkało.
    - To wszyscy? - upewnił się Sierra.
    Tnąca kiwnęła głową, siadając na ziemi.
    - Jeden na pewno martwy - zaczęła wyliczać. - Drugi nawet nie draśnięty, pewnie już uciekł. Trzeci i czwarty ranni... znaczy, ten w alejce chyba jeszcze żyje... chyba.
    Jakby znikąd obok niej znowu pojawił się bezpański już pies. Phaedra warknęła ostrzegawczo, czując zimny nos koło szyi. Czarny kundel odsunął się natychmiast i zdecydował się spróbować powąchać Vassila zamiast niej. Dziewczynka nadal patrzyła na zwierzę podejrzliwie.
    - Wszystko z nią w porządku? - zapytała Sierrę Stitch, domyślając się, że od dziecka chyba szybko się wszystkiego nie dowie.
    - Przestraszona, zmęczona i głodna - odpowiedział. - Ale poza tym teraz już chyba wszystko gra. Prawda, Daisy? - poklepał uciekinierkę przyjacielsko po ramieniu.
    - Daisy… - powtórzyła pod nosem łowczyni nagród.
    Nagle pies zaszczekał i pobiegł w stronę, z której przyszedł pościg. Stitch śledziła go czujnie wzrokiem. Spojrzała pytająco na Sierrę. Mężczyzna wzruszył ramionami i ruszył za nim. Daisy dreptała kilka kroków za Estesem, wyglądając ciekawie zza niego. Phaedra również wstała i ruszyła za nimi.
    Okazało się, że raniony wcześniej w bok lider pościgu nadal miał na tyle sił, by spróbować ucieczki. Najwyraźniej zdążył przejść parę kroków, po czym zatrzymał się, by odsapnąć. Wtedy dobiegł do niego pies, merdając wesoło ogonem i szczekając. Brodaty brunet nieudolnie próbował go uciszyć. Falchoir dostrzegając bandytę wyprzedziła pozostałych, zmierzając w jego stronę szybkim krokiem. Gdy ten ją zauważył, spróbował zerwać się do biegu. Ledwo zdążył się odwrócić, jak kobieta przycisnęła go do ziemi ze znajomym już warkotem.
    - Stitch, czekaj! - zawołał za nią Sierra.
    - Co? - niemal warknęła w odpowiedzi. - Mam go puścić wolno?
    - Możemy się od niego czegoś dowiedzieć - zaproponował. Obejrzał się ukradkiem w stronę Daisy, czekającej kilka metrów z tyłu, po czym podszedł bliżej do Phaedry i dodał szeptem: - Daisy nie jest zbyt gadatliwa. Może on nam wszystko wyjaśni? Kim jest, co ma z nią wspólnego, czemu ją ścigali...?
    Kobieta zmrużyła oczy. Przez jeden moment dawała wrażenie, jakby i tak zamierzała zrobić swoje, ale ostatecznie tylko westchnęła sfrustrowana. Wstała, trzymając stopę na plecach ,,pojmanego".
    - No to pytaj - rzuciła zakładając ręce na piersi.

Sierra? Krótko, ale chyba na temat

środa, 8 sierpnia 2018

Od Sierry (CD Stitch) - Towarzystwo barowe

     Vassil zwykle nie zaglądał do barów. Zwyczajnie nie miał czego w nich szukać, jeśli nie potrzebował zdobyć konkretnych informacji. Poza tym nudziły go one niemiłosiernie, bo nie znał nikogo, kto mógłby służyć mu towarzystwem. Siedzieć samemu było mu źle, a ponieważ podobne miejsca były wprost podłe, nikt obcy nie zwracał na niego żadnej uwagi, bo nie szukał kłopotów. Bary zdecydowanie nie były miejscem dla Sierry. Dlatego nie miał pojęcia co podkusiło go, by tym razem zejść z chodnika i przekroczyć próg jednego z nich. Jednakże bardziej dziwił go fakt, że nadal mógł siedzieć przy kontuarze i nikt nie wykopał go za drzwi. Wiedział z doświadczenia, że barmani nie przepadali za pustymi klientami. Jeśli zajmowało się miejsce, a pieniądze nie spływały do kasy, właściwie nie miało się prawa nadal siedzieć przy kontuarze, bo inni klienci, zapewne tacy, którzy z przyjemnością by zapłacili, nie mieli gdzie się zatrzymać.
     A Vassil spławił barmana już po raz czwarty i wszystko wskazywało na to, że równocześnie po raz ostatni. Najwyraźniej nie mógł udawać, że się zastanawia w nieskończoność.
     – Co mnie tu przywiało? – powtórzył, usiłując przyswoić fakt, że z miejsca został nazwany ,,miłym gościem". Aż tak to widać? – Wiesz... Wracałem ze złomowiska i przechodziłem obok.
     Uśmiechnąłby się do niej, gdyby był w stanie. Naprawdę miał ochotę to zrobić. Ludzie zawsze tak robili, gdy podobało im się jego towarzystwo. Niestety Sierra nigdy nie mógł się odwdzięczyć tym samym.
     – Ze złomowiska? – dopytała Stitch. Trudno było stwierdzić czy była rzeczywiście zainteresowana, czy tylko udawała. Vassil nadal nie przywykł do widoku tych wszystkich zębów i nie potrafił jej rozgryźć. Wątpił czy kiedykolwiek byłby w stanie to zrobić. – Ostatnio było tam troszeczkę bardziej niebezpiecznie niż zwykle, nie sądzisz?
     – Słyszałem o tym – wzruszył ramionami – ale chyba mam więcej szczęścia niż sądziłem. Zresztą znam złomowisko lepiej niż własne kieszenie...
     – Często tam chodzisz?
     – Bardzo. Te góry złomu to kopalnia części i pieniędzy.
     – Czyli jesteś zbieraczem? – odgadła, przekrzywiając zalotnie głowę. Zapewne miała zamiar zapewnić go, że zawsze podobali jej się ludzie, którzy nie bali się przeczesywać devlińskiego złomowiska. Sierra mimo wszystko spotkał na swojej drodze kilka podobnych kobiet. Najwyraźniej nie bez powodu każda jedna szybko kończyła znajomość z nim.
     – Nie. Łowcą nagród z drugim etatem – zaśmiał się krótko i oparł ręce na kontuarze. – Zamówić ci drinka?
     Przywołał gestem barmana. Ten pojawił się przy nim niemalże natychmiast, krzyżując ramiona na szerokiej piersi.
     – Podać coś... w końcu? – rzucił, wyraźnie akcentując ostatnie dwa słowa.
     – Tak. W końcu – odparł Sierra, zerkając z ukosa na Phaedrę. Nie było to łatwe, bo już od dawna mógł patrzeć wyłącznie na wprost. Nie mniej miał na koncie tytuł samozwańczego mistrza w dyskretnym kręceniu głową. Na szczęście kobieta opierała brodę na ręce, obserwując uważnie barmana.
     – Jasne... Co podać?
     Vassil przysiągłby, że właśnie w tym momencie zawiesił się na co najmniej kilka sekund. No tak. Nigdy nie odwiedzał barów. Co miał zamówić?
     – Coś dobrego...? – zaryzykował ostrożnie. – Dla mojej urzekającej towarzyszki, oczywiście.
     Barman skinął głową i zabrał się za przygotowanie drinka. Sierra nie pilnował jego ruchów, bo i tak się na tym nie znał. Vassilu Estesie... Właśnie zrobiłeś z siebie idiotę i pokrakę na oczach bardzo, ale to bardzo niebezpiecznej kobiety. Gratuluję. Z takim podejściem może przeżyjesz dłużej, bo nikt nie uzna cię za realne zagrożenie.
     Miał bardzo ludzką ochotę schować twarz w dłoniach i udawać, że wcale go tam nie ma. Nie mniej uznał, że nie powinien pogarszać swojej i tak wątpliwej sytuacji, więc tylko odwrócił głowę w drugą stronę, udając zainteresowanie przeciwną ścianą i ludźmi pod nią.
     – Jesteś uroczy – skomentowała Stitch z nieskrywanym rozbawieniem.
    A Sierra poczuł się tak, jak gdyby go dobiła. I na co mu było zaglądanie do tego baru?
     – Hmmm... Tak mówisz? – chrząknął aparatem mowy i wyprostował się. Stitch trzymała w dłoniach szklankę z kolorowym napojem, ale nie wyglądała jakby miała ochotę wypić go w całości.
     – Tak mówię.
     – Cóż... Po prostu wygodnie mi się tu siedzi i... – zaczął się tłumaczyć. Urwał, spojrzał w górę i z sykiem wypuścił powietrze. – Gdybym niczego nie zamówił wcześniej niż później bym stąd wyleciał.
     – Dlaczego się tłumaczysz?
     No właśnie, Sierra. Czemu? Co się z tobą, chłopie, dzieje?
     – Nie wiem. Nie jestem na tyle interesującym gościem, żeby bawić resztę rozmową.
     – Ja uważam wprost przeciwnie – położyła mu rękę na ramieniu i uśmiechnęła się, prezentując kły w pełnej okazałości.
     Tym razem nie drgnął ani nie odsunął się.
     – To chyba jesteś jedyna – stwierdził krótko.
     – Oj, wątpię – zapewniła go Phaedra.
     – Tia... Hm... Chyba będę już leciał.
     Sierra podniósł się ze stołka przy kontuarze, szykując się do konfrontacji z barmanem. Musiał przecież zapłacić i przeczuwał, że wcale nie będzie tanio.
     Rzeczywiście nie było, więc z pewnym bólem pozbywał się swoich pieniędzy. Nie mniej Stitch chyba wcale nie zamierzała się ze swoją ofiarą rozstawać tak szybko.
     – Odprowadzę cię – oznajmiła i również wstała.
     – Zwykle to chyba działa na odwrót. Ja powinienem odprowadzać ciebie.
     – Ale to ty powiedziałeś, że już się zbierasz – zauważyła inteligentnie.
     Vassilowi nie pozostało nic innego jak pokiwać nieznacznie głową. Musiał się zgodzić z logiką Phaedry. Dlatego pogodził się z faktem, że najwyraźniej zyskał nową najlepszą przyjaciółkę i posłusznie poszedł za nią ku drzwiom baru. W co ja się właściwie wpakowałem?
     Stitch, widząc, że Sierrze nie spieszy się zbytnio, przystanęła. Przekrzywiła też lekko głowę, czekając aż się z nią zrówna. A potem zupełnie naturalnie otarła się ramieniem o jego rękę i dalej szła już jego tempem. Sierra w duchu podziękował jej za to, że nie próbowała od razu łapać jego dłoni. Paralizator w dłoni mógłby nie wyłączyć się tak chętnie jak zwykle.
     Wnętrze Devlin nieodmiennie Vassila Estesa fascynowało. Co tu dużo mówić: uwielbiał je bardziej niż cokolwiek innego w tej części Talosu. Przypominało trochę jego samego – z zewnątrz wyglądało na spójną całość, ale w środku szybko wychodziło na jaw, że składa się z niedopasowanych do końca części, które jakoś ze sobą funkcjonowały. Przynajmniej on tak to widział, bo nigdy nie podzielił się swoimi przemyśleniami z osobami trzecimi.
     – Stitch? – zaczął po krótkiej chwili, schodząc z drogi kobiecie ciągnącej za sobą wózek. Phaedra odwróciła się w jego stronę.
     – Tak, Vassilu? – spytała, znowu charakterystycznie sycząc.
     – Kim tak właściwie jesteś?
     Wyglądała nieco inaczej niż większość kobiet, które Sierra widywał. Z pewnością była piękna, jeśli patrzyło się niżej niż zwykle. Vassil co prawda był ostatnim, który miał prawo oceniać kobiety na podstawie wyglądu, ale nawet on trochę się w tym orientował. Dlatego wiedział, że całe dobre wrażenie psuje twarz Stitch.
     Zębata kobieta nie odpowiedziała mu od razu. Widocznie odpowiedź była zbyt skomplikowana, by miły gość pokroju Sierry mógł zrozumieć.
     – W zasadzie nie musisz odpowiadać – dodał odrobinę zbyt szybko. – Rany, gdyby to mnie ktoś zapytał, nie miałbym pojęcia co powiedzieć...
     – Naprawdę? – zainteresowała się Phaedra, podłapując nieco inny temat.
     – No... Naprawdę. Dlatego nie licz, że ci powiem. Jak mówiłem: pojęcia nie mam czym to jest – Stuknął się w metalową pierś dla podkreślenia swoich słów.
     – Nie jesteś cyborgiem? Ani robotem?
     Sierra zaśmiał się krótko i niewesoło.
     – Nie zaprzeczę. Nie potwierdzę. Cholera wie czym ja tak właściwie jestem. Nie pamiętam, żebym był inny. Służyłem w Talosańskich Siłach Porządkowych, więc... To skomplikowane.
     Przestań tyle gadać, Sierra. Dobrze ci radzę, przestań tyle gadać... Zwłaszcza o sobie.
     – Wiesz co? Chodźmy się przejść poza ścianami huty, co? – zaproponował. Wiedział, że bezradnie się miota. Im bardziej się starał uratować swoją godność i reputację, tym gorzej mu szło. Może powinienem sobie odpuścić i zobaczyć co się stanie? 
     Zabierasz mnie na spacer po złomowisku? – Phaedra uśmiechnęła się.
     – Nie wyglądasz jakbym miał cię bronić przed złem... Więc dlaczego nie?
     Tym razem Phaedra wsunęła ramię pod jego rękę i przysunęła się do niego.
     – No to idźmy – zgodziła się, za nic mając przestrzeń osobistą Vassila.
     Nie zaszli daleko. Krążyli po wewnętrznych strefach złomowiska, gdzie góry śmieci były najwyższe może od kwadransa, gdy usłyszeli wysoki pisk dziecka. Oboje zastygli w bezruchu, nasłuchując.
     – To gdzieś bliżej pustyni... – mruknął Sierra cicho.
     Tyle wystarczyło, by Stitch wystrzeliła do przodu, nawet nie oglądając się na niego. Sierra zerwał się do biegu tuż po niej, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że pewnie i tak jej nie dogoni. Dlatego skoncentrował się na tym, by przynajmniej jej nie zgubić. W biegu świat skakał znacznie bardziej i szybciej niż podczas normalnego kroku, więc zadanie i tak było wymagające.
     Dobiegli tak do rozwidlenia ścieżek i zatrzymali się. Phaedra wyglądała dokładnie tak jak powinien wyglądać szukający tropu drapieżnik. Wodziła wzrokiem od jednej drogi do drugiej, wyraźnie spięta i czujna. Była przerażająca.
     Drugi pisk rozległ się znacznie bliżej tuż za ścianą złomu. Dla Stitch nie stanowiło to problemu. Z gracją kocicy wspięła po stromej stercie blach i śmieci. Błyskawicznie zniknęła po drugiej stronie. Vassil zdążył tylko westchnąć, rozumiejąc, że on musi pójść dookoła. Dlatego nie tracąc jeszcze więcej czasu, szybkim truchtem ruszył wzdłuż ściany. Też chciał znaleźć krzyczące dziecko i sprawdzić co się stało. Dzieci nie krzyczą w ten sposób z byle powodu.
     Zza wraku samochodu wyskoczyła niewielka istotka. Potknęła się w piasku, przewróciła i zerwała z powrotem na nogi, podpierając się rękami. Ani na moment nie zwolniła biegu. Dosłownie chwilkę po niej wybiegła Phaedra. Kobieta niemal bez przerwy zerkała przez ramię. Vassil nie czekał, by zobaczyć co było na tyle odważne, by gonić dziecko nawet po tym, gdy do pościgu przyłączyła się Stitch.
     – Zajmę się dzieckiem! – zawołał do zębatej, przyspieszając.
     Wydawało mu się, że zobaczył jak Phaedra skinęła głową na znak, że przyjęła do wiadomości, a potem zatrzymała się i odwróciła przodem do pościgu. Vassilowi nie pozostało nic innego jak wywiązać się z danego słowa. Zorientował się w którą stronę kieruje się dziecko, a potem na pół ślepo pognał przed siebie, modląc się w duchu, by z niczym się zderzyć i nie zgubić śladu.

Stitch? Niniejszym mianuję tę dwójkę shipem!

Zero - I tak większy numer niż ty

[PROFIL PO REWORKU]

Pseudonim: Zero. Historia tego pseudonimu nie jest zbyt skomplikowana; zanim zmienił... cały swój wizerunek, miał ten symbol fabrycznie nadrukowany na swoim stroju. Dlatego też ludzie nigdy nie irytowali go pytaniami o pochodzenie przezwiska, co bardzo mu odpowiadało. Teraz bywa już na tyle rozpoznawalny, że nikt nawet nie próbuje dociec prawdy. Całkiem możliwe, iż sporo po prostu każdy boi się o to zapytać, nie wiedząc, jak słynny szary najemnik mógłby na to zareagować.  
Imię: Ciężko stwierdzić, czy kiedykolwiek je miał. W sensie, faktyczne, normalne imię. Zero zawsze był Zerem i nikt głębiej w tym temacie nie grzebał. Nie przypomina sobie, by ktoś kiedyś nazwał go inaczej.  
Nazwisko: Brak. Podobnie jak z imieniem. Nie czuje potrzeby, by jakiekolwiek przyjąć.  
Płeć: Mężczyzna  
Wiek: Jedna z typowych Zero tajemnic. Głos wskazywałby na faceta blisko trzydziestki, ale dokładnej informacji nikt nie zna. Po szarym nigdzie nie zostały żadne papiery mogące potwierdzić tą teorię.  
Rasa: Ma ludzką sylwetkę i większość z miejsca bierze go za człowieka, nie zastanawiając się długo z kim właściwie pracuje. Jest w nim jednak coś... dziwnego. Nie chodzi już nawet o fakt, że umie się teleportować, bo na Talosie mieszka sporo mutantów z dziwniejszymi zdolnościami. Zero po prostu z aparycji i ogólnego wrażenia nie wydaje się być stuprocentowo człowiekiem. Podobnie jak z wiekiem i imieniem, tego tematu także nikt z reguły nie porusza. Pewne rzeczy chyba po prostu powinny pozostać nieodkrytymi.  
Rodzina: Tak naprawdę to chyba nikt nigdy nie pytał Zero skąd jest i czy ma jakichś krewnych, a przynajmniej szary nie przypomina sobie żadnej takiej rozmowy. Najwyraźniej po prostu nikt się przy nim nad tym nie zastanawia. Może to i lepiej - szczerze mówiąc, sam wiele nie wie. Dawno temu przestał się zastanawiać nad czymkolwiek o sobie samym. Okazało się to frustrującym zajęciem, nie wnoszącym nic więcej ponad wnioskiem, że nigdy nie miał innego życia niż to, które prowadzi obecnie. 
Miłość: I tu się robi dosyć zabawnie, bo Zero kiedyś miał dziewczynę. Nie byli wcale taką złą parą. Specyficzną, to prawda, ale świetnie im się razem pracowało. Skończyło się na kuli wbitej w zdjęcie rodzinne, wiszące na wysokości głowy łowcy nagród. Zgodnie z Mare uznali, że to chyba koniec ich związku. Każdy kto usłyszał tą historię reaguje dosyć podobnie, głównie ze skrywanym rozbawieniem i wyrazami smutku wobec tak paskudnego zakończenia. Zero w odpowiedzi tylko wzrusza ramionami, napomykając, że wcale go to nie zdziwiło - jego poprzednie relacje też się tak kończyły. Z tego powodu przestał szukać szczęścia w miłości, bo przynosiło mu jedynie więcej problemów.
Aparycja, cechy szczególne: Wspominałam, że Zero niby wygląda jak człowiek, ale jednak niekoniecznie. Co więc jest w nim dziwnego? Na pewno wzrost - to pierwsze, na co ludzie z reguły zwracają uwagę. Mężczyzna ma dobre dwa metry wysokości, przy czym rzadko się garbi, toteż na większość swoich rozmówców jest zmuszony patrzeć z góry. Gdyby to od niego zależało, wolałby być niższy, bo już nader często musiał się wciskać na upór do czyjegoś samochodu, schylać się w pomieszczeniach z niskim stropem, a kilka razy nawet zderzył się czołem z framugą. Taka sytuacja po prostu nie przystoi ,,chłodnemu profesjonaliście" za jakiego uchodzi. Nie wypada mu też otwarcie marudzić, bo przecież nie poprawi to żadnej niewygodnej sytuacji. Zawsze więc najwyżej wzdycha cicho i stara się poradzić sobie z problemem tak, aby wyglądało to jak najmniej komicznie. Możesz teraz powiedzieć ,,I co z tego? Na Talos przecież nie mieszkają sami niscy ludzie, co w tym takiego niezwykłego?". Wystarczy jednak spojrzeć na CAŁEGO Zero i prawdopodobnie z miejsca stwierdzisz, że coś jest z tym facetem nie tak jak trzeba. On nie jest po prostu wysoki - jest długi i szczupły, rozciągnięty jak karykatura. Jego ręce i nogi wydają się po prostu przydługie jak na normalnego człowieka. Palce również, ale z tymi jest jeszcze inna ciekawa sprawa. Zero ma tylko cztery palce: trzy zwykłe i jeden przeciwstawny kciuk u obu dłoni. Chociaż przez cały czas kryją je rękawice (czteropalczaste, jeszcze z jego starego stroju), doskonale widać, że nie jest to efekt kalectwa. To bardziej wygląda, jakby urodził się bez małych palców. Potwierdza to fakt, iż nie ma żadnych problemów z chwytaniem czegokolwiek. Logicznie rozumując, po prostu całe życie ma takie dłonie. Całego tajemniczego obrazu dopełnia brak jakichkolwiek informacji o tym, jak wygląda twarz Zero, jeśli takową w ogóle posiada. Nikt nie widział choćby i fragmentu skóry szarego, bo zawsze ubrany jest w dokładnie dopasowany kombinezon, wyglądający jak strój ochronny. Łowca nagród zastąpił nim swój stary, pozbywając się go razem z rozbitym hełmem. Uznał, że chyba najwyższy czas zacząć wyglądać jak Talosanin i faktycznie, od tamtej pory przypomina rodowitego mieszkańca tej planety. Sam kombinezon wydawał mu się za bardzo rzucać w oczy, więc nosi na nim inne ubrania: luźne spodnie wciśnięte w wysokie pustynne buty, kamizelkę taktyczną (w której mieści swój skromny dobytek i amunicję), ochraniacze na łokcie i przedramiona oraz parę białych naramienników. Szyję - również ukrytą pod kombinezonem - owija szary, gruby komin, który, jako jedyny element ubioru Zero, nie wydaje się pełnić jakiejś konkretnej roli. Możliwe, że po prostu kryje nim długą szyję, podobnie jak kamizelka przekłamuje fakt, jak bardzo jest chudy. Znakiem rozpoznawczym najemnika zdecydowanie jest jego hełm. Oryginalnie należący do arkańskich sił zbrojnych, został umocowany wewnątrz wyszlifowanej czaszki. Zero mało interesuje, do jakiego zwierzęcia należała. Wie za to, że robi wrażenie, a przecież chyba o to chodziło artyście stojącemu za wyglądem całości. Widać z niej tylko czarną szybę, na której wyświetlają się blade cyfry o niezrozumiałym znaczeniu. Wśród nich - po paru machinacjach Kaina, który ,,podarował" szaremu hełm - najczęściej przewija się liczba zero. Ponieważ sprzęt był przeznaczony dla wojska, ma wbudowanych kilka ciekawych gadżetów, jak noktowizor i ,,zoom", czyli automatyczną lornetkę.
Charakter: Nie da się ukryć, że przy nagłym pojawieniu się Zero, miła atmosfera nagle zamiera. Sama obecność szarego najemnika wydaje się rozsiewać dziwny, niepewny nastrój. Czy to przez wygląd, czy też reputację, wszelkie dyskusje wokół niego nagle milkną. Do jakiegokolwiek towarzystwa by się nie doczepił, nikt nigdy nie ma pojęcia jak i przede wszystkim o czym można z nim rozmawiać. Sam Zero sprawy nie ułatwia - w obecności obcych sobie ludzi zawsze stara się po prostu siedzieć cicho, nie chcąc zrobić sytuacji bardziej niezręczną niż już jest. Często działa to wręcz na odwrót, ale czemu się dziwić, gdy facet do niedawna nie miał zielonego pojęcia na czym polega kontakt z drugim człowiekiem. Dopiero robota łowcy nagród niejako nauczyła go jakiejkolwiek normalnej formy rozmowy, która nie ograniczyłaby się do suchych faktów na temat zlecenia. Wszystko przez to, że niektóre zadania zmuszały go do współpracy, a stanowcza większość jego niegdysiejszych współpracowników nie przepadała za martwą ciszą. Tak więc przez te wymuszanie na nim odpowiedzi prostymi pytaniami, Zero stopniowo nauczył się, że nie wszyscy lubią pogrążać się we własnych myślach. Mimo to z miejsca woli zakładać, iż jego nowy towarzysz nie jest rozmowny. Z tego powodu z początku może wydawać się wręcz ponury, ale zdarza mu się szybko owo wrażenie burzyć, rzucając zupełnie przypadkową uwagą, jakby myślał na głos. Trudno nazwać to zagajaniem do rozmowy, bo Zero nie jest w tym dobry. Nie wzbrania się przed poruszaniem tematów innych niż zlecenie - po prostu woli, by zrobił to ktoś inny, kto jest w tym lepszy. Negocjacje również woli zostawiać komuś lepiej obeznanemu w temacie, ale gdy rozmowa schodzi donikąd i długi czas trzyma jego oraz resztę ekipy w miejscu, nierzadko wtrąca się, by wszystko ,,naprawić". Jak się można domyślić, z reguły dosadne argumenty Zero raczej sytuacji nie poprawiają. Ba, nader często kończą się bójką lub, w gorszym wypadku, strzelaniną. Ale hej, przynajmniej już nikt nie stoi w miejscu jak kołek, prawda? Czasem lepiej zrobić krok w tył niż nie ruszyć się wcale. Cierpliwość Zero jest jedną wielką niewiadomą. Z reguły ma jej sporo, ale niektóre typy ludzi po prostu wypalają ją szybciej niż stary silnik benzynę. Wyczucie ile zostało do końca wymaga już jakiegoś czasu znajomości z szarym i sporo doświadczenia w wyczuwaniu jego nastroju. A rozpoznanie emocji u faceta pozbawionego twarzy nie należy do łatwych. Jasne, podobno z głosu da się czasem więcej wyczytać, zwłaszcza, jeśli mówiący wspomaga się gestami. Problem tkwi w tym, że mężczyzna odzywa się czasem tak minimalistycznie i bezbarwnie, iż robot kuchenny wyda ci się mieć więcej życia. Zero w oczach wszystkich jest po prostu oazą spokoju, której nie wzburzają nawet najbardziej stresujące lub irytujące sytuacje. Nie da się nawet ocenić, czy najemnik właśnie mistrzowsko udaje spokojnego, czy faktycznie niczym się nie przejmuje. Przez lata praktyki stał się niesamowitym aktorem. Wielu przekonuje się o tym dopiero widząc, jak trzyma komuś miecz przy gardle nadal mówiąc tym samym tonem, którym rozmawia z przyjaciółmi. Oczywiście wcale nie musi być autentycznie wściekły, by do kogoś celować. Zero rzadko naprawdę się denerwuje i przez większość czasu jest tak spokojny, jak to okazuje. Wie, że emocje nie są najlepszym przewodnikiem, dlatego wszystko ocenia chłodno i praktycznie, a dopiero potem zastanawia się, co zamierza zrobić. W ten sposób zawsze pozostaje skupiony, gotów do natychmiastowej reakcji. Ciężko go rozproszyć, jeszcze trudniej odwrócić jego uwagę, a zaskoczenie szarego chyba graniczy z cudem. Co nie znaczy, że nie ma słabych punktów. Gdy już zdobędziesz zaufanie Zero, zyskasz lojalnego przyjaciela, który postawi cię ponad wszystkim innym. Jeśli więc stanie przed wyborem między tobą, a uciekającą wypłatą, wyciągnie rękę do ciebie, bo tak mu każe ludzka przyzwoitość. Może i dwumetrowy łowca nagród na pierwszy rzut oka wygląda strasznie, a pierwszą rozmową może zniechęcić cię do następnych, ale zdecydowanie należy do tych moralnie lepszych mieszkańców Talosu. Nigdy nie łamie obietnic, nie umie wystawić przyjaciela do wiatru dla zysku, nawet kłamanie przychodzi mu trudno i o wiele częściej woli po prostu wyznać brutalną prawdę. Nie widzi sensu w oszukiwaniu drugiego człowieka, podobnie jak w traceniu jego ciężko wypracowanego zaufania. Cokolwiek powie ci Zero, możesz to uznać za powiedziane wprost, z całą szczerością. Nie owija w bawełnę ani nie bawi się w ozdobniki, więc jeśli powie ci, że dobrze strzelasz i źle śpiewasz, w żadną stronę nie przesadził. Wbrew pozorom dotarcie na jego listę ,,Do odstrzału" jest trudniejsze niż nawiązanie przyjemniejszej relacji, tak więc bardziej opłaca się mieć go po swojej stronie. Jeśli już jednak dopniesz swego i zrobisz sobie z niego wroga, raczej prędzej niż później przekonasz się, jak bardzo potrafi być uparty. Pamiętaj jedno: szary jest pamiętliwy i zawsze będzie chciał mieć ostatnie słowo w tym temacie.
Częste miejsca pobytu: Zero jest jednym z najbardziej wszechstronnych łowców nagród na jakiego możesz trafić. Pojawia się dosłownie wszędzie, gdzie ktoś potrzebuje rąk do pracy, jakby wiedział o zleceniach z wyprzedzeniem. Nie potrzebuje nigdzie dłuższych przystanków, więc po prostu szwenda się od jednego miasta do drugiego, czasem znajdując coś do roboty nawet na środku pustyni. Nie bez powodu mówi się o nim ,,Zero Ex Machina".
Song Theme: There Can Be Only One - Crystal Places | Can't Get Enough - Jaxson Gamble  
Stopień rozgłosu: 2 (200/1000 PD)
Sojusznicy: Ma kilku znajomych. Nadal utrzymuje dobre relacje z Mare, ale nie myślą o zejściu się na dobre. Zaprzyjaźnił się z pewnym szurniętym cyborgiem imieniem Elliot oraz antropką Jen (która miała pecha podróżować z nim i Kupidynem jedną ciężarówką). Przy okazji poznali także Dzierzbę, o której ostatecznie mężczyzna złego słowa powiedzieć nie może. Chyba w to pole powinien też trafić Kain, który, jakby nie było, znalazł Zero nowy hełm... ciężko tylko ocenić, jak wiele biedy przyniesie mu przyznanie się na mieście do znajomości z Marcusem Flintem.  
Wrogowie: Podobno nie powinno się chować urazy, ale uraza Zero lubi co jakiś czas próbować go zabić w ten czy inny sposób. Ma z Comodo (czy też Dwunastką) pewien zatarg natury osobistej. To jak do tej pory jedyna osoba, która skutecznie wymyka się spod jego celownika. Przed nią było jeszcze paru innych, wśród których do niedawna górowała Ósemka, obecnie nazywająca się Fawkesem. Szary nadal robotowi nie ufa za grosz, ale w porównaniu do całej reszty nie sprawia wrażenia niebezpiecznego psychopaty, którego powinien posłać do piachu.
Broń: Ma przy sobie standardowy ekwipunek samotnego snajpera: zaufany karabin, pistolet mocnego kalibru, skuteczny na średni kontakt, oraz porządny nóż myśliwski. To typowe wyposażenie talosańczyka gotowego spędzić samotnie długi czas na pustyni. Z całego zestawu odstaje tylko jedno - miecz. Lekko zakrzywiona katana z błyszczącym ostrzem, broń mogąca pochodzić tylko z Arc. Można się tylko domyślać jak Zero wpadł w jej posiadanie, ale w każdym razie odkąd tylko ją ma, stała się dla niego przedmiotem równie cennym, co o wiele starszy karabin snajperski.  
Umiejętności: Jak już można zgadnąć, Zero to świetny strzelec. Ma wszystkie cechy dobrego snajpera i obeznanie w różnego rodzaju broni na daleki dystans. Nie tylko umie z niej korzystać - wie także, jak sobie poradzić z przeciwnikiem o podobnych talentach. Podobno potrafi po strzale rozpoznać nie tylko położenie niedoszłego zabójcy, ale i markę oraz stan karabinu. Zdecydowanie nie powinno się wyzywać go na pojedynek strzelecki. Zero zna różne sztuczki mogące mu takowy ułatwić, nawet jeśli korzystanie z nieco niekonwencjonalnych zdolności jest po prostu nieuczciwe. Całe jego życiowe doświadczenie opiera się na wiedzy, jak zabić i zniknąć bez śladu. Może cię oszukać na kilka różnych sposobów w trakcie jednej ,,potyczki". Nigdy nie zostaje długo w jednym miejscu. Częste zmienianie pozycji jest istotne dla strzelca uzbrojonego w broń o słabej szybkostrzelności i sporym zasięgu. Dla Zero jest to wyjątkowo łatwe - potrafi się teleportować na odległość kilku, do kilkunastu metrów. Grunt, by widział, gdzie chce się przenieść. Znacząco ułatwia mu to konfundowanie potencjalnego celu. Ba, jakby się postarał, to mógłby mu nawet wmówić, że poluje na niego nie jeden, a kilku snajperów. Teleportacja ma także inne zastosowania. Może odsuwać się od przeciwników zbyt niebezpiecznych, by próbować się z nimi bić wręcz, jak i doskakiwać do nich, kiedy nie będą się spodziewać ataku. Tu w grę wchodzi katana. Na pierwszy rzut oka to raczej bezużyteczna broń w erze karabinów maszynowych, strzelb i pistoletów, jeśli jednak jesteś Zero, nikt nie zdąży się zaśmiać. Nie będąc nieludzko silnym, musi pozostać nieludzko nieuchwytnym. Pomaga mu w tym jego drugi as w rękawie, czyli niematerialne kopie niego samego, które może za sobą pozostawić po teleportacji. Rozpadają się na błękitne piksele po jednym trafieniu, ale te kilka sekund zdecydowanie wystarcza szaremu by albo zaatakować, albo się ulotnić. 
Towarzysz: Nie potrzebuje stałego towarzystwa. Świetnie sobie radzi solo.
Wykonane zlecenia:
  - [#1] Dorwać Basanovę  
Nick na howrse: NyanCat^._.^~

sobota, 4 sierpnia 2018

Od Zero (CD Kaina) - Witamy w Arc

        Drzwi zasunęły się za Zero automatycznie, skutecznie odcinając go od wszelkich odgłosów z zewnątrz. Już na ulicy wydawało mu się, że Arc jest upiornie ciche, ale teraz dopiero zauważył, iż mimo wszystko żyło i wydawało dźwięki. ,,Tylko martwi nic nie mówią", powiedział do niego kiedyś pewien ponury rewolwerowiec. Arc było jak najbardziej żywe, tylko z jakiegoś powodu się z tym kryło. Jak żółw w skorupie, w obawie przed skagami. Albo młody płatokolec ze zdobyczą, który boi się, że coś mu ją odbierze, poprawił się w myślach najemnik.
    Przeszedł przez martwy przedpokój, mijając schludnie ułożone buty. Dwie pary, obie tego samego rozmiaru i nieskazitelnie czyste, bez śladów błota czy pyłu z pustyni. Przy kolejnych rozsuwanych drzwiach znajdował się gładki ciemny panel. Wiedziony domysłem, Zero stuknął w niego palcem. Ekran zamigotał, pokazując symbol obracającej się klepsydry i napis ,,Proszę czekać. Gospodarz zaraz odbierze". Po dłuższej chwili oba zastąpiła ciągła linia, drgająca z każdym słowem:
    - Dzień dobry? Mogę w czymś pomóc?
    Głos był niesamowicie czysty, jakby Lin Xio Zhu stała tuż obok, a nie mówiła przez domofon. Zero domyślił się, że kobieta go widzi. W innym wypadku odebrałaby zapewne od razu i nie brzmiałaby tak podejrzliwie.
    - Jestem Zero - przedstawił się łowca nagród. - Przyszedłem w sprawie Wisielca.
    Zhu zaniemówiła na kilka sekund.
    - Doprawdy? - odpowiedziała w końcu. - Przestałam szukać pomocy już wieki temu... jak mnie pan znalazł?
    I kto cię wpuścił do Arc?, wyczytał z tonu wypowiedzi.
    - Korzystając z cierpliwości i staromodnego śledztwa - wyjaśnił. - Dalej jest pani zainteresowana ofertą, czy pakowałem się między snobów i Wandali na marne?
    Arkanka znowu zamilkła na chwilę. Bezpośredniość Zero mogła się do tego w jakimś stopniu przyczynić, ale mężczyzna miał szczerze dosyć konwenansów. Zhu nie miała wobec niego żadnego szacunku - tego był pewien - i nie zamierzał udawać, że z jego strony jest inaczej. Był wykończony, nie miał wiele czasu i cała sprawa na dodatek paskudnie śmierdziała. To zlecenie zaczynało już nabierać osobistego charakteru, a przecież nikt jeszcze nie obiecał Zero zapłaty.
    Tak jak się spodziewał, Zhu nie była przerażoną damą w opresji - jej głos nabrał o wiele paskudniejszej nuty, także porzucając wszelkie uprzejmości. Zero może i nie był najlepszym negocjatorem, ale przynajmniej potrafił dotrzeć do sedna dyskusji w kilku prostych słowach.
    - Ciekawy dobór słów jak na włamywacza - skomentowała Arkanka. - Zdajesz sobie sprawę, że zdałeś się na moją łaskę? Wezwanie ochrony wymaga jednego telefonu, a ode mnie oddzielają cię pancerne drzwi.
    - Zauważyłem. Wiem także, że nikogo nie wezwiesz.
    - A to dlaczego?
    - Bo jesteś zainteresowana wynajęciem mnie do znalezienia Wisielca. I, jakkolwiek byś się z tym nie kryła, nadal boisz się, że za tymi niezawodnymi drzwiami gdzieś czeka na ciebie ten wariat - oświadczył pewnie Zero. - To jeden z waszych, prawda? Dostanie się do Arc nie może być dla niego większym problemem, skro tak się go obawiasz.
    Domofon wychwytywał dźwięk tak dokładnie, że szary najemnik był w stanie usłyszeć jak kobieta po drugiej stronie wstrzymała oddech. Nie potrzebował odpowiedzi, by wiedzieć, iż jego teoria się sprawdziła.
    - Sugerujesz, że po Arc mógłby bezkarnie szaleć psychopata? - Zhu była uparta. Nie zamierzała przyznać przyjezdnemu racji, chociaż doskonale znała prawdę. Zero w sumie się jej nie dziwił, w końcu Arkanie od dawna uważali wszelkie skrzywienia psychiczne za cechę typową Talosanom. Żaden nie chciałby się przecież porównywać do jednego z ,,tych szaleńców", ale ich sztywny światopogląd nie mógł zmienić rzeczywistości. Każdemu człowiekowi psychopatia grozi na podobnym poziomie, który stymulują ciężkie warunki, traumatyczne przeżycia, obsesje, czy nawet geny. Łowca nagród był dogłębnie przekonany, że nie istnieje społeczeństwo pozbawione wariatów, a arkańskie warunki, ze swoimi wymogami i stresem kładzionym na barki obywateli, prawdopodobnie nawet temu zjawisku sprzyjały.
    - W Arc na pewno OBECNIE go nie ma, jeśli to cię martwi - odpowiedział Zero, ignorując bezsensowny sprzeciw. - Trafiłem na ślady jego działalności w Cargo. Możliwe, że nadal cię tam szuka.
    Lin Xio Zhu westchnęła zrezygnowana.
    - Czyli nie ma sensu dalej udawać... - powiedziała na wpół do siebie.
    - Cieszę się, że w końcu doszliśmy do porozumienia - łowca nagród założył ręce na piersi. - A teraz proszę mi powiedzieć całą prawdę o Wisielcu. Tego wymaga ode mnie zlecenie.
    - Jeszcze się do niczego nie zobowiązałam - przypomniała mu kobieta.
    - Zobowiążesz się - zapewnił ją spokojnie mężczyzna. - Ktoś musi pokryć koszty mojej fatygi i szkód, jakie wyrządziłaś nieudolnie myląc swój trop.
    - A jeśli tego nie zrobię?
    - Cóż, będziesz miała kolejny powód, by do końca życia nie wyściubiać nosa poza swoje mieszkanko.
    Arkanka parsknęła wisielczym śmiechem.
    - Lubicie przypierać niewinnych ludzi do muru, co?
    - Huxley też nie prosiła się o taki los - zauważył Zero. Powoli tracił do tej kobiety cierpliwość. - Ilu jeszcze postronnych ma zginąć z ręki psychopaty, zanim weźmiesz na siebie choć trochę odpowiedzialności?
    Ostatni argument chyba już do niej trafił. Zhu musiała w głębi duszy czuć się winna śmierci Huxley, mechanika z Cargo, na którą przypadkiem naprowadziła Wisielca. Po chwili grobowej ciszy zaczęła nareszcie opowiadać Zero całą historię:
    - Khan Min Thai. Tak ma na imię. Pracował ze mną w dziale telekomunikacji. Był... normalny, nic nie zapowiadało, że ma nierówno pod sufitem. Pomagał nowym, stawiał wszystkim lunch, kilka razy nawet zaprosił mnie na kolację. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy zaczęłam się częściej spotykać z Khanem, z mojej okolicy zniknęła młoda dziewczyna, półkrwista Arkanka. Byłam... no, nie myślałam jasno i jakoś mnie to wszystko ominęło. Nawet podejrzenia mojej przyjaciółki, że chyb ktoś ją śledził w drodze do domu. A potem po niej także wszelki słuch zaginął.
    - Też była półkrwi? - przerwał jej Zero.
    - T-tak - odpowiedziała Arkanka, lekko speszona.
    - I także znała Khana?
    - Tak...
    Szary kiwnął głową w namyśle i dał jej znak aby kontynuowała.
    - Khan nie przychodził do pracy przez kilka dni po zaginięciu Zoe. Pomyślałam, że może się rozchorował i poszłam go odwiedzić. Zastałam go w przejściu między mieszkaniem, a ulicą... miał w ręce buty Zoe. Obok stał niezawiązany worek na śmieci, z którego wystawał rękaw bluzki... także jej. Tej samej, którą miała na sobie, gdy się rozstałyśmy po pracy tamtego dnia. Ja... ja... - głos Zhu załamał się na moment, ale już po chwili podjęła opowieść: - Wybiegłam stamtąd zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Byłam przerażona i pewna, że zabił Zoe. I że może chcieć zrobić krzywdę także mi. Poszłam z tym do komendy ochrony, zajęli się sprawą niemal od razu, ale nie byli za bardzo przekonani do mojej wersji wydarzeń. Khan przyszedł bez wahania na przesłuchanie, ale zniknął tego samego wieczoru. Następnego dnia znalazłam pod swoimi drzwiami list: ,,Nie buduj stryczku. Sam to zrobię..." - urwała na moment. - ,,... talosańska wywłoko".
    Półkrwiste Arkanki. ,,Talosańska wywłoka".
    Zero niemal widział, jak wszystkie elementy układanki wskakują na swoje miejsce. Wiedział już, co łączyło każdą ofiarę, od pierwszej zaginionej zaczynając i - jak się domyślał - na Huxley kończąc. Jeśli miał rację, nikt nie zginął przypadkowo. Sprawca miał motyw, wręcz obrzydliwy, ale wyraźny.
    - Czyli ,,Lin Xio Zhu"... - zaczął, domyślając się odpowiedzi.
    - To przykrywka - kobieta westchnęła. - Tak naprawdę jestem jednoimienną. Nazywam się Mei Liang... czy raczej ,,nazywałam", bo w bazie danych pod tym nazwiskiem znajdziesz tylko puste mieszkanie i nieaktualne dokumenty.
    - Skąd więc ta wycieczka do Cargo?
    - Właśnie z powodu nazwiska. Dostawałam nowe listy przez następne dwa dni: na progu rano i po powrocie z pracy, na moim biurku w dziale telekomunikacji, na adres mailowy, wszystkie o podobnym przesłaniu do pierwszego. Trzeciego wszystko się uspokoiło... ale rankiem czwartego znalazłam pod drzwiami linę z zawiązaną na końcu pętlą. Wtedy do mnie dotarło, że ten wariat nie da mi spokoju aż albo mnie dorwie, albo sama ze sobą skończę. Mei Liang musiała zniknąć. Dlatego bez słowa wyjaśnienia udałam się do Cargo. Mieszka tam pewna... osoba, która potrafi dobrać się nawet do arkańskiej bazy danych. Musiałam tylko przeczekać kilka dni w mieście.
    - Przez ten czas nocowałaś u Huxley, a Wisielec zdążył złapać twój trop i prawie cię dogonił - dokończył Zero. - Masz nową tożsamość, nowy adres i zero podejrzeń wobec zaginięcia Mei Liang i nagłego pojawienia się Lin Xio Zhu. Ale mimo wszystko boisz się, że Khan tu wróci.
    - Bo wróci - zapewniła go Mei. - To maniak, który na dodatek doskonale wie, co robi. Zna system Arc na wylot. Po co ma siedzieć na zewnątrz, kiedy to cholerstwo odpowiedniej osobie poda wszystkie informacje o półkrwistych z dokładnością do godzin pracy? Ochrona nie zrobi z tym NIC. Nikogo nie obchodzi los jednoimiennych.
    No to bym cię zaskoczył, pomyślał Zero.
    - Mam jeszcze jedno pytanie - zaczął po chwili ciszy. Milczenie Liang uznał za zgodę. - Czy znasz więcej jednoimiennych mieszkających w Cargo? Jeśli Wisielec dalej tam jest, to pewnie ich szuka.
    - Niech pomyślę... - Arkanka zastanowiła się. - Gdy szukałam noclegu, usłyszałam o Tan Cho, czyli ,,Huxley", bo kryła się z imieniem... i Ianie Kelley? Chyba tak to brzmiało... nikogo więcej nie kojarzę.
    - Lepsze to niż nic - stwierdził szary.
    Wtedy drzwi za jego plecami rozsunęły się, wpuszczając do środka z powrotem nikłe odgłosy arkańskiej ulicy. Tuż za progiem stał Kain, dysząc lekko i pilnując końca osiedla.
    - Chyba czas znikać - rzucił krótko z uśmiechem niewiniątka.
    Zero westchnął - ciężko stwierdzić, czy bardziej ze zrezygnowania, czy z frustracji - i obrócił się ostatni raz do ekranu.
    - Wrócę po nagrodę - powiedział stanowczo, po czym, nie oczekując odpowiedzi, pobiegł za Flintem, który najwyraźniej nie miał ochoty na niego czekać.
    Ledwo przeszedł przez próg i usłyszał ostrzegawczy okrzyk rozkazujący mu się zatrzymać. Łowca nagród oczywiście nie widział powodu, by słuchać czwórki zbrojnych rozganiających zdziwionych cywili. Gdy od klatki schodowej za rogiem dzieliło go kilka metrów, przeteleportował się na półpiętro, lądując obok Marcusa wypatrującego kolejnych ochroniarzy na piętrze. Wspięli się wyżej zanim pościg zorientował się, że zostawiony na ulicy cyfrowy klon szarego najemnika wcale nie zamierza założyć rąk za głowę.
    - Coś ty zrobił? - zapytał Zero spokojnym tonem, jakby obecna sytuacja wcale go nie zdziwiła.
    - Oglądałem rzeźbę! - tłumaczył się Flint. - Chcą mnie zgarnąć za kontemplowanie sztuki!
    Nagle w całej piramidzie rozbrzmiał alarm. Brunet tylko wbił wzrok w sufit.
    - No dobra, TO już lekka przesada! - stwierdził.
    Zza rogu kilkanaście metrów przed nimi wybiegł Widmo. Mężczyzna zobaczył ich od razu i machnął ręką na znak, by skręcili za nim między dwa mury ciemnych butików, zamkniętych o tej porze. Zatrzymali się w trójkę na końcu alejki, wypatrując nadchodzących patroli przez szklane ściany sklepiku. Alarm nadal wył niemiłosiernie.
    - Nie chciało wam się czekać z zamieszaniem, co? - rzucił złodziej.
    - Ja zdobywałem informacje - Zero wzruszył ramionami. - A on się włóczył - dodał, wskazując Kaina kciukiem. Ten rozłożył bezradnie ręce.
    - Nie wiem, co zrobiłeś, ale nie przypisuj sobie zasług za alarm - powiedział do niego Plaga.
    - Kamień z serca - burknął Marcus. - Co to wycie w takim razie oznacza?
    - Że jakiś budynek wyleciał w powietrze i cały wydział ochrony pilnuje, by potencjalny sprawca nie opuścił miasta.
    Zero spojrzał na złodzieja lekko przechylając głowę. Miał na końcu języka adekwatny komentarz, ale powstrzymał się od wypowiedzenia go na głos. W końcu ich umowa zakładała, że będą załatwiać w Arc własne interesy.
    Kain jednak wydawał się tą wiadomością otwarcie zbulwersowany:
    - Ktoś wysadził budynek niedaleko stąd i mnie przy tym nie było?!
    - Pocieszy cię wiadomość, że jesteś głównym podejrzanym, skoro dałeś się zauważyć? - spytał Widmo.
    - I dlatego właśnie nie powinniśmy tu zostać ani chwili dłużej - szary zakończył dyskusję i wyszedł za róg.
   Zaledwie zdążył usłyszeć wystrzał, nim coś brutalnie szarpnęło jego głową do tyłu. Mimo oszołomienia w ułamku sekundy zrozumiał, że nic wcale go nie pociągnęło - dostał od frontu, centralnie w głowę. Zamroczony siłą uderzenia, niezdarnie schował się z powrotem obok towarzyszy, a jego śladem pomknęła przyspieszająca seria kul. Oparł się o ścianę, ratując od upadku. Przez jedną przerażającą chwilę miał w głowie kompletny mętlik. Co się właściwie stało?
    - Ja pierdolę... - wydusił z siebie Flint, patrząc z niedowierzaniem na Zero. Przeniósł wzrok na Widmo. - Jaki to kaliber?
    Kaliber?
    - Zapewne bliski rozerwaniu kuloodpornego szkła - złodziej nieufnie spoglądał to na szarego, to na wysuniętą z sufitu wieżyczkę, nie potrafią namierzyć ich przez zimne szkło. - Automat.
    - Tyle to sam zauważyłem - Kain wskazał niepewnie na łeb Zero. - Namierzyła cię niemal natychmiast.
    Szary przez ten czas tylko potrząsnął głową kilka razy, starając się ocucić. Dawno nie przechodził przez podobny szok i nie miał ochoty tego kiedykolwiek powtarzać. Jasność myślenia była jednym z jego najlepszych atutów, przeganiającym nawet zdolność do teleportacji. Gdy coś nagle go jej pozbawiało, zaczynał się bać, a w następstwie tracił resztki swojej nieludzkiej cierpliwości. Nie chciał, by ktokolwiek widział go bezradnego i wściekłego. To kłóciło się z budowaną latami reputacją chłodnego profesjonalisty, któremu nigdy nie drżał ani głos, ani palec na spuście. Teraz mógł się tylko cieszyć, że w oczach Widma i Kaina nie miał twarzy, która mogłaby cokolwiek zdradzić.
    Na szczęście, nauczony doświadczeniem, potrafił dojść do siebie dosyć szybko, chociaż z jego perspektywy każda sekunda otępienia ciągnęła się niemiłosiernie. Gdy już uniósł rękę na znak, że wszystko z nim w porządku, zauważył długą, grubą rysę przecinającą mu widok. Nie... nie rysę. Pęknięcie.
    Sięgnął ręką w stronę głowy i przejechał palcami po czarnej szybie. Tak jak się obawiał, uszkodzenia były gorsze niż wyglądały od środka. Pocisk z wieżyczki odbił się od hełmu, ale pozostawił po sobie wklęsłe wgniecenie w kształcie wielokąta.
    - Mocna ta szyba... - skomentował Kain zafascynowany. - Oberwałeś już tak kiedyś?
    - Z zasady nie obrywam w ogóle - odparł Zero spokojnie, chociaż w duchu nadal był wściekły na własną nieuwagę. - Jakiś pomysł jak to wyłączyć? - zmienił temat.
    - Coś na to mam - Widmo wyjął z kołczanu strzałę zakończoną wąskim walcem. - Ale muszę mieć czas na strzał.
    - Załatwi się - szary utkwił wzrok w sporej donicy na środku szerokiego chodnika, jakieś pięć metrów od nich.
    Mężczyzna spojrzał na niego powątpiewająco, ale rozłożył łuk.
    - Chcesz znowu rzucać się pod ostrzał? - zapytał.
    - Udajmy, że niedawne zdarzenie z udziałem mojej głowy i wieżyczki nie miało miejsca - zaproponował najemnik. - Przygotuj się - rzucił po chwili do złodzieja i wybiegł z ukrycia.
    Wyczekał do ostatniego momentu i przeteleportował się za donicę, zostawiając za sobą sobowtóra. Wieżyczka rozerwała klona na błękitne drobiny aż zbyt szybko i zdążyła jeszcze zauważyć znikający za osłoną łokieć. Posłała jeszcze dwie kule za prawdziwym Zero, żłobiąc w boku donicy głębokie bruzdy. W tym samym czasie Plaga zdążył wychylić się zza butiku i posłać strzałę w wieżyczkę. Grot eksplodował chmurą gęstego dymu. Łowcy nagród nie tracąc ani chwili przebiegli przez chodnik, przemierzając prawie ostatnią prostą do samochodu Marcusa. Flint zdążył jeszcze spojrzeć na ślady w kamiennej donicy. Potem jeszcze raz popatrzył na uszkodzony hełm Zero.
    - Oni tym cywili pilnują?! - wypalił.
    - Niecodziennie ktoś tutaj wysadza budynki - odparł Widmo. - Witamy w Arc.

        - Czyli Wisielec jest idealistycznym maniakiem - podsumował Flint, na zmianę obracając nóż wte i wewte. Czubek ostrego, zadbanego ostrza żłobił leniwie otwór w lakierowanym blacie.
    Zero spojrzał ponownie w swoje odbicie w szybie i westchnął cicho. Ta wyprawa kosztowała go więcej niżby sobie życzył.
    - Wszystko na to wskazuje - odpowiedział.
    Było południe. Rozstali się z Plagą już jakiś czas temu w okolicy Annville, na życzenie złodzieja. Zero nie miał pojęcia, jak go potem odnajdzie przy podziale nagrody. Miał tylko nadzieję, że mężczyzna nie upomni się o nią bez jego wiedzy. Po dotarciu do Cargo, z braku lepszych pomysłów, podzielił się z Kainem podejrzeniami co do Wisielca. Miał nadzieję, iż brunet jako miejscowy może rzucić jeszcze trochę światła na całą sprawę. Bar ,,Szkło i hak" o tej porze bardziej przypominał jadłodajnię. Ruch był o wiele mniejszy niż poprzedniego wieczoru, ale nadal nie było tu absolutnie cicho - klienci śmiali się i głośno rozmawiali, a ze starej szafy grającej leciała muzyka chyba sprzed wieku. Kain kilka razy dał ręką znać chłopakowi za barem, by przełączył na inny utwór, na co ten tylko unosił kciuk w górę i niemal od razu spełniał jego życzenie. Zero nie musiał długo zgadywać, by domyślić się, że Flint był tu stałym klientem.
    - Szczerze? Ciężko mi wyobrazić sobie jednego z tych snobów czającego się w ciemnej alejce z długim nożem - stwierdził brunet. - I to jeszcze na jednego ze swoich.
    - Wisielec nie uznaje jednoimiennych za swoich - poprawił go szary.
    - ,,Jednoimiennych"?
    - Pół Arkan, pół Talosan. Niektórzy w Arc nie mają takich obiekcji przed kontaktem z rodzonymi mieszkańcami planety - wyjaśnił Zero.
    - Spotkałem już trochę tych ,,bardziej talosańskich Arkan", ale nie miałem pojęcia, że czymś się różnią od tych z Arc.
    - Bo biologicznie nie różnią się niczym poza genami. Władze piramid najwyraźniej również zdają sobie z tego sprawę, skoro ,,półkrwiści" nie mają problemów z legalnym zdobyciem papierów i obywatelstwa. Mimo to Arc nadal pozostaje hermetyczną społecznością. Dwuimienni mają głęboko zakorzeniony wstręt do każdej namiastki Talosu, więc pół Arkanie dostają tylko jedno nazwisko: po arkańskim rodzicu. W danych nie podaje się niczego o matce lub ojcu będącym Talosaninem.
    Kain parsknął śmiechem.
    - Naznaczają sobie kozły ofiarne? - rzucił.
    - Raczej nie taki mieli zamiar - stwierdził szary. - Ale faktycznie, jednoimienni są w pewien sposób naznaczeni i zdarzają się Arkanie uważający ich za gorszych od siebie. Wisielec poszedł od krok dalej i zaczął usuwać półkrwistych, zaczynając od swoich sąsiadek i współpracowniczek. Wiem tylko o dwóch morderstwach w piramidach, które uszły mu na sucho, bo działał subtelnie, ale Liang nakryła go przy ukrywaniu dowodów. Potem śledził ją aż tutaj, a w Cargo przy takim procencie przestępczości nie musi przejmować się niczym.
    - Hux - domyślił się Marcus. Skrzywił się lekko. - Była jednoimienną?
    Zero skinął głową.
    - I nie będzie jego ostatnią ofiarą, jeśli go dzisiaj nie znajdę - dodał. - Jestem prawie pewien, że Wisielec zgubił trop Liang gdy przypadkiem trafił na Huxley. A skoro znalazł jedną, to musiał się zorientować, że nie mogła być jedyną jednoimienną w Cargo. Nie jest głupi. Szukanie nowych celów tutaj jest trudniejsze niż z dostępem do bazy danych w Arc, ale liczy się z o wiele mniejszym ryzykiem. Ostatecznie morderstwo w Cargo bardziej się opłaca niż tam.
    - Gdy następnym razem spotkam szeryfa, zaproponuję mu, żeby umieścił te słowa na broszurce dla turystów - Marcus wycelował nożem w rozmówcę dla podkreślenia swoich słów. Czubek zatrzymał się na wysokości felernego wgniecenia. - Zamierzasz w takim stanie polować na psychopatę? - zapytał z podejrzanym uśmiechem.
    - Ktoś musi - mężczyzna wzruszył ramionami.
    Kain zastanowił się długą chwilę.
    - Wiesz co? Chyba mogę coś na to poradzić - oświadczył, po czym nie czekając na odpowiedź wstał i ruszył w stronę baru.
    Zero śledził wzrokiem jak zaczepia chłopaka za ladą. Gadali dobre kilka minut. W pewnym momencie rozmowa przeszła w zażartą dyskusję, jakby się o coś targowali. I rzeczywiście - po chwili namysłu chłopak uścisnął Flintowi dłoń i zniknął za drzwiami na zaplecze. Wrócił niosąc pod pachą spory, zaokrąglony pakunek. Kain przyniósł swoją zdobycz, tryumfalnie stawiając ją na stole przed Zero.
    - Ta-da! - zawołał. - Nie musisz dziękować. Wystarczy mi moja część nagrody za Wisielca.
    Szary popatrzył na niego nieufnie. Domyślając się już, co właśnie kupił Marcus, rozwinął grubą warstwę materiału, odsłaniając czarną kuloodporną szybę, podobną do jego własnej. Całość jednak okazała się nieco bardziej... oryginalna. Szkło otaczała prawdziwa kość, na pewno mocniejsza niż się wydawała. Hełm ktoś wmontował w wyszlifowaną, dopasowaną do jego kształtu czaszkę, kompletną, razem z zestawem drobnych kłów na przedzie. Zero nie miał zielonego pojęcia, czym mógł być jej oryginalny właściciel.
    - Nowiutki, w pełni sprawny arkański hełm - wyjaśnił z dumą Flint. - Nie mam pojęcia, skąd Roger go wytrzasnął, ale ma chłopak talent do prawdziwie talosańskich ozdób. Planowałem kupić to cacko już od jakiegoś czasu.
    - I tak po prostu mi go odstąpisz? - zapytał z powątpiewaniem Zero. Wcisnął przycisk ukryty tuż na krańcu wewnętrznej strony hełmu i na czarnej szybie wyświetliło się kilka bladych cyfr, których znaczenia nie rozumiał.
    - Umówiłem się z Rogerem, że do końca tygodnia wpadniesz, by za niego zapłacić - odparł brunet. - Poza tym... - wziął do ręki nowy nabytek, pomajstrował chwilę w jego wnętrzu i postawił z powrotem frontem do szarego. - Przyda ci się trochę stylu.
    Na szybie wyświetlał się już tylko jeden numer: zero.

czwartek, 26 lipca 2018

Od Stitch - Sztuka pierwszego wrażenia

        - Zamierzamy tam w ogóle iść, czy tylko będziemy podziwiać piękno Wandali w naturalnym środowisku? - Phaedra założyła nogę za zgięte kolano, patrząc na płynące nad Devlin rzadkie chmury. Bezczynność jej nie przeszkadzała. Miała na tyle dobry nastrój, że mogłaby cały dzień przeleżeć na słońcu, ale poniekąd wyciągnięto ją na złomowisko w konkretnym celu. Ba, obiecano też nagrodę, a za lenistwo na pewno jej nie dostanie.
    Snicket zbyła jej złośliwą uwagę niewyraźnym pomrukiem, nadal wpatrując się w lornetkę. Burmistrz dał jej jasne zadanie: znajdź kogoś, kto pozbędzie się tych cholernych Wandali. Co ją podkusiło, by szukać łowcy nagród? I to jeszcze pokroju Tnącej Hrabiny. Zmiana ciśnienia po ostatniej ulewie naprawdę musiała źle działać na jej głowę. Z drugiej strony jednak doskonale poznała się już na rangerach - tępych matołach szukających chwały na zapomnianej przez wszystkie świętości planecie. Ich gadki były dobre dla pospólstwa, ale zastępczyni szeryfa nie mogły pomóc. Nie przy takim problemie. Brunetka szczerze wątpiła, by Wandale wysłuchały któregokolwiek z nich.
    Czteroręcy przyleźli z pustyni, w grupie mniej więcej piętnastu, i najwyraźniej zadomowili się na dobre na złomowisku. Zbudowali sobie prowizoryczne obozowisko ze wszystkiego, co znaleźli. Chyba uznali ten fragment złomowiska za swój, bo zażarcie go bronili. Pierwsze skargi przybyły około tygodnia wstecz, od kilku przerażonych złomiarzy, którego kolegę przebiła rzucona znikąd włócznia. Cały przemysł kręcący się wokół odzysku od tamtego czasu zamarł, bo ludzie zaczęli bać się wychodzić poza obręb kompleksu miejskiego. Snicket już głowa pękała od skarg, a jej przełożony na dodatek nadal nie wrócił z chorobowego. Pozbycie się Wandali spadło na jej barki. Nie zamierzała robić tego sama i nie miała też wielkiej ochoty zbierać do tego ludzi. Nie, kiedy w okolicy do dyspozycji miała całą bandę najemników, którzy i tak nie mieli nic lepszego do roboty.
    A Hrabina - jakkolwiek by ją nie denerwowała - była chyba najlepszym wyborem. Snicket widziała już, do czego była zdolna, bo to z reguły jej przypadało sprzątanie za każdym razem, gdy ktoś w jej mieście bawił się w mordercę. Miała przynajmniej pewność, że problem zniknie. W końcu cel uświęca środki, a tych czterorękich paskud nigdy nie było jej szkoda.
    - Próbowaliście kiedykolwiek z nimi pogadać? - zapytała Tnąca.
    Zastępczyni szeryfa opuściła lornetkę i spojrzała na nią z wyrazem całkowitego zdegustowania. Stitch bardzo to bawiło. Mało kto miał na tyle odwagi, by wprost tak na nią patrzeć. Ale skoro właściwie były na ,,ty", to chyba nie powinna się dziwić.
    - Wiesz, może to nie takie głupie? - odpowiedziała Snicket. - Podobno potrafisz całkiem przekonująco warczeć. Dalej, a nóż któryś coś zrozumie.
    Phaedra parsknęła śmiechem.
    - Myślałam, że jesteś bardziej sztywna - przyznała. - Chyba spędzasz za dużo czasu w towarzystwie takich męt jak ja.
    - Skończyłaś już? - brunetka wyglądała na zniecierpliwioną.
    - Skąd ta złość? To ty kazałaś mi czekać - łowczyni nagród wpatrywała się w swoje pazury, jakby się w nich przeglądała.
    - Oceniam sytuację.
    - To ktoś tak jeszcze robi?
    Snicket wzięła głęboki wdech.
    - Jakim cudem wy wszyscy dalej żyjecie? - powiedziała na wpół do siebie.
    Stitch mimo wszystko nie mogła się powstrzymać od odpowiedzi.
    - To proste - usiadła, wpatrując się w oczy zleceniodawczyni. - Jesteśmy gorsi niż cała reszta.
    Kolejny wdech, tym razem jeszcze bardziej sfrustrowany. Phaedra uznała to za koniec rozmowy. Przeciągnęła się więc i wstała. Zerknęła w dół złomowej wydmy opierając dłonie na biodrach. Wandali było mniej niż wcześniej - zaledwie siedmiu plątało się po prymitywnym obozowisku, poprawiając szałasy z blach i układając paleniska. Reszta musiała ruszyć na poszukiwania przydatnych rzeczy. Stitch spojrzała jeszcze raz na Snicket. Ta tylko machnęła ręką, zupełnie zmęczona tym wszystkim. Tnąca Hrabina uśmiechnęła się na tyle, na ile pozwalała jej budowa pyska.
    - Czas na wizytę - rzuciła i zeskoczyła w dół na dach połowicznie zakopanego samochodu.
    Jeden z Wandali usłyszał głuche łupnięcie. Spojrzał w jego kierunku, ale Stitch zdążyła zeskoczyć jeszcze niżej. Zobaczył ostrzegawcze poruszenie kątem oka i odruchowo odwrócił się w jego kierunku z zaskoczonym odgłosem. Widząc biegnącego w jego stronę zębatego potwora instynktownie zasłonił się rękoma, ale rozpędzona Falchoir zdołała powalić go na ziemię, równocześnie chwytając zębami jedno z ramion. Szybko je puściła i tym razem wpiła się w gardło humanoida.
    Nie musiała tego robić. Mogła go po prostu przeorać pazurami, ale znała się już co nieco na walce z większą grupą przeciwników. To tak jak z randką: trzeba zrobić świetne pierwsze wrażenie, które korzystnie ustawi ci cały wieczór. Tak więc gdy reszta Wandali przybiegła słysząc szamotaninę, ale zamarła w pół kroku, ściskając w rękach włócznie, Phaedra już wiedziała, że reszta pójdzie gładko. Tego się nie spodziewali, przeszło jej przez myśl. W końcu kiedy ostatnio widzieli, by jednego z nich zagryzł inny humanoid?
    Jeden z czterorękich wydał jakiś bojowy okrzyk i cisnął w nią włócznią. Kobieta uskoczyła w bok. Niewiele myśląc, ruszyła biegiem w stronę bezbronnego, który nagle pożałował swojej decyzji. Na jej spotkanie wyszedł inny Wandal, zamachując się szeroko włócznią. Stitch prześlizgnęła się pod nią, przy okazji podcinając napastnika w zgięcie kolana. Z ziemi doskoczyła do swojego pierwotnego celu, chlasnęła go drugą ręką w bok szyi i od razu ruszyła dalej. Nie mogła się w takiej chwili zatrzymać - pozostała czwórka (kulejący nic nie mógł wskórać) próbowała zadźgać ją wspólnymi siłami. Któryś grot minął jej brzuch o włos. Chwyciła włócznię oburącz, pociągnęła ją trochę dalej wytrącając właściciela z równowagi, po czym walnęła jej tępym końcem między oczy Wandala. Odtoczył się do tyłu zamroczony, ale Tnąca chwyciła go za jedną z rąk i wepchnęła na dwójkę towarzyszy. Już nie zdążyli wstać. Ostatni ze stojących humanoidów rozsądnie uznał, że chyba nie ma sensu tu dłużej zostawać. Zniknął między stertami żelastwa jeszcze zanim Phaedra dopadła kulejącego Wandala i wgryzła mu się w gardło.
    Snicket zgrabnie zjechała na dół ze swojego punktu obserwacyjnego. Skrzywiła się zatrzymując obok nadal kończącej swoją robotę Stitch, która wypluła na ziemię obok niej strzęp mięsa brudnoczerwonej barwy.
    - Mogłaś to sobie już odpuścić - skomentowała.
    Łowczyni nagród uniosła zakrwawiony łeb i rozejrzała się wokół.
    - Och... - rzuciła. - Myślałam, że ktoś jeszcze został. Czasem po prostu tracę rachubę przy... no wiesz.
    - Był jeszcze jeden - zastępczyni szeryfa utkwiła wzrok w zakręcie, za którym zniknął. - Uciekł.
    - Pewnie po swoich - Phaedra wstała. - Opowie im co się stało i jutro wrócą na pustynię.
    - Skąd ta pewność?
    - Wandale pod kilkoma względami myślą jak zwierzęta - kobieta wzruszyła ramionami. - Gdy nieumyślnie wchodzą na teren groźnego drapieżnika, wolą się wycofać.
    - A jeśli zamiast tego spróbują zrobić obławę na potwora? - Snicket założyła ręce na piersi. - Ludzie by tak zrobili.
    - Wtedy wiesz, gdzie mnie szukać - Stitch strzepnęła dłonią, zrzucając z niej gęstą, nieludzką krew, po czym wyciągnęła ją do zleceniodawczyni. - A teraz poproszę o moją wypłatę.

        Phaedra obmyła dłonie, a potem wsunęła pod kran cały pysk - najpierw jednym bokiem, potem drugim. Krew Wandali schodziła wręcz wygodnie łatwo. Ciemna woda spłynęła do brudnego zlewu. Stitch podniosła głowę i obejrzała się w lustrze. Gdy już upewniła się, że nie będzie cuchnąć juchą czterorękich humanoidów, uśmiechnęła się do siebie i wyszła z obskurnej toalety z powrotem do głównego pomieszczenia baru.
    Lubiła odwiedzać podobne miejsca. Nikt tu się na nikogo zbyt długo nie patrzył, każdy zajmował się swoimi sprawami, gdzieś słychać było głośną dyskusję lub śmiechy. Ludzie grali w karty, rzucali rzutkami do czyichś zdjęć na ścianach albo okupowali stół do bilardu. Perfekcyjne miejsce na zaczepianie nieznajomych, którzy i tak szybko o tobie zapomną. Połowa klientów przychodziła tutaj samotnie, nie licząc na niczyje towarzystwo, ale dziewczyny z pobliskiego burdelu szybko się tym zajmowały. Jedna z nich szła właśnie w stronę jakiegoś samotnika przy barze, jednakże widząc Stitch zawahała się. Musiały już kiedyś na siebie wpaść, co zresztą wcale nie było dziwne: obie żerowały na zwracaniu na siebie uwagi, z czego jedna z nich dostawała za to wypłatę. Phaedra i dziwki były naturalnymi konkurentkami. Pomimo przewagi liczebnej, pierwsza z reguły wygrywała, bo dziewczyny jednak ceniły sobie swoją urodę.
    Falchoir zaciekawiona spojrzała w tym samym kierunku co prostytutka. Facet, do którego zamierzała podejść nie był nawet człowiekiem. Wyglądał jak kolejny blaszak. Teorię Phaedry nieznajomy potwierdził zbywając barmana, który zaproponował mu coś do picia. Stitch pomachała do dziewczyny samymi palcami, posyłając jej niemy, ale jasny komunikat, by się nie wtrącała, po czym ruszyła do baru.
    Blaszak wpatrywał się kontuar. Wyglądał na znudzonego, jakby wcale nie miał ochoty tu siedzieć. Chyba na coś czekał - to by wyjaśniało, dlaczego zajął miejsce przy barze, chociaż nie miał zamiaru niczego zamawiać. A to znaczyło, że przez najbliższy czas nigdzie się nie wybierał. Czas kolegę zabawić, pomyślała Stitch i oparła się plecami o kontuar obok niego.
    - Coś taki markotny? - zagadała. - Kiepski dzień?
    Mężczyzna uniósł głowę. Gdy spojrzał prosto w zęby Tnącej drgnął lekko. Kobieta zaśmiała się krótko.
    - Nie spodziewałeś się tylu zębów, co? - rzuciła przyjaznym tonem.
    - Nie, nie spodziewałem - zgodził się, po czym z jakiegoś powodu stuknął się lekko ręką w bok głowy. - Z tego zaskoczenia aż mi coś przeskoczyło.
    - Mam to uznać za komplement?
    - Żebym sam wiedział... - rozejrzał się wokół, jakby zastanowiło go, czemu to akurat jego Stitch musiała zaczepić. - Więc... w czymś mogę pomóc? - dodał po chwili ciszy.
    - A i owszem - Phaedra odepchnęła się lekko od kontuaru i zajęła miejsce po drugiej stronie nowego kolegi, po drodze delikatnie gładząc dłonią jego bark. - Nudzi mi się.
    Nieznajomy powoli odchylił się lekko w bok, jakby próbował odsunąć się od niej bez przesuwania krzesła.
    - W jakim sensie? - zapytał podejrzliwie.
    - Na pewno nie w takim, jaki mają na myśli damy lekkich obyczajów. Ze mną to by i tak nie zadziałało - odparła prosto z mostu z lekkim westchnieniem. - Po prostu chce mi się z kimś pogadać.
    - Akurat ze mną?
    - A czemu by nie?
    - Sam nie wiem, to ty tu już zrobiłaś balans zysków i strat. Najwyraźniej wyszedł pozytywnie.
    Stitch znowu parsknęła śmiechem.
    - Dobrze obstawiłam. Jestem Phaedra, ale znajomi mówią mi Stitch - oparła się łokciem o blat, siadając bokiem do rozmówcy. - A tobie jak na imię?
    - Vassil Estes - odpowiedział mężczyzna. - Mówią mi Sierra.
    - Vassil ,,Sierra" Estes… - powtórzyła Tnąca rozmarzonym tonem, kładąc brodę na dłoni. Mimowolnie podkreśliła przy tym ,,r" i ,,s". - Przyjemnie syczy - stwierdziła.
    - Reptilianie też tak mówią - Sierra wzruszył ramionami.
    - A więc, Sierra... - zaczęła Stitch, niemal bawiąc się jego imieniem. - Co sprowadza tak miłego gościa do tak paskudnego miejsca?

Sierra? Nie ma się czego bać... zęby już umyła